#4 – Jak fakapować w majestacie prawa? | Piotr Kantorowski



SŁUCHAJ GDZIE CHCESZ!


W czwartym odcinku podcastu rozmawiam z Piotrem Kantorowskim.

Piotr, to człowiek instytucja, którego ciężko opisać w kilku prostych zdaniach, ale spróbuję, mimo wszystko.

Mam wrażenie, że Piotr to jedna z osób, dla których 24-godzinna doba to zwyczajnie zbyt mało. Zawodowo, zajmuje się prowadzeniem kancelarii prawnej Kantorowski, Głąb i Wspólnicy, która specjalizuje się w obsłudze przedsiębiorców, ze szczególnym uwzględnieniem tych, którzy działają w modelu online. Pasja Piotra do tej tematyki zaowocowała powstaniem podcastu Prawo dla biznesu, w którym on i jego goście pokazują, jak wykorzystywać prawo na swoją korzyść w trakcie prowadzenia swoich działalności i jeszcze sprawniej poruszać się w świecie biznesu.

Drugą inicjatywą prowadzoną przez mojego gościa jest (a w zasadzie są) blog i podcast Ultra Życie, w której możemy poczytać o życiu, jako o długodystansowym przedsięwzięciu. W tym przypadku Piotr, tak naprawdę, wspomaga swoją lepszą połowę – żonę Agnieszkę, która jest główną siłą napędową projektu.

Idealnym “uzupełnieniem” Ultra Życia jest zamiłowanie Piotra do biegania – oczywiście na dystansach Ultra.

To jeszcze nie wyszstko – jest też książka, która jest niejako “dzieckiem lockdownu”. Prawo dla biznesu. E-commerce, jak można się domyślać traktuje o prawnych aspektach prowadzenia biznesu w modelu online. Tytuł ten powstał nakładem pracy Piotra i jego wspólnika w kancelarii – Pawła Głąba.

Dzięki uprzejmości Piotra mam okazję zorganizować pierwszy (i mam nadzieję, że nie ostatni) w historii Fakapów konkurs, w którym, do wygrania jest właśnie wspomniany wcześniej tytuł. Szczegóły na stronie internetowej już 02.11.2020!

W trakcie odcinka dowiecie się:

  • Jak jednak “upchnąć” tyle aktywności w 24 godzinach?
  • Jakie, najczęście, fakapy popełniają początkujący twórcy internetowi oraz czy i jak można się ich ustrzec?
  • Jakie fakapy popełniał i Popełnia Piotr jako podcaster, przedsiębiorca i radca prawny oraz czy jego klienci mu wybaczają?
  • Jak, z perspektywy, mojego gościa wyglądała reakcja prawniczego świata na sytuację z marca tego roku i jak odnajduje się on w nowej rzeczywistości?
  • Jak doszło do tego, że Prawo dla biznesu. E-commerce powstało właśnie w momencie, w którym wszycy byliśmy skazani na przymusową izolację?

Notatki do odcinka:

  • Książka Prawo dla biznesu. E-commerceCeneo

Cześć! Nazywam się Marek Wyszyński, a to jest podcast Fakapy.

Pokazuję w nim, że z każdym sukcesem w życiu osobistym, czy biznesie wiąże się całe mnóstwo potknięć i niepowodzeń, a najlepsze co możemy zrobić w takich sytuacjach, to wyciągnięcie wniosków i niezałamywanie rąk.

Mam nadzieję, że dzięki moim gościom i ich historiom uda się Wam uniknąć, chociaż części z tych problemów, a kiedy już przydarzy Wam się fakap, będziecie pamiętali, że to nie koniec świata, a po prostu kolejna lekcja.

Zapraszam Was do posłuchania 4. odcinka podcastu, w którym moim gościem jest Piotr Kantorowski. Piotr jest niezwykle aktywną osobą zarówno w życiu zawodowym, jak i online’owym, więc opisanie go w kilku krótkich zdaniach to nie lada wyzwanie. Podejmę jednak tę próbę.

Od strony czysto zawodowej, Piotr to radca prawny i partner w Kancelarii Kantorowski, Głąb i Wspólnicy, w której on i jego zawodnicy wspomagają przedsiębiorców w prowadzeniu własnych biznesów. Pewnym konikiem i specjalizacją Kancelarii jest wsparcie biznesów działających w modelu online.

Ponadto, Piotr jest podcasterem zaangażowanym w dwie regularnie ukazujące się produkcje. Pierwsza z nich nosi tytuł “Prawo dla biznesu”. Jest przeznaczona dla obecnych i przyszłych przedsiębiorców. W każdym odcinku Piotr i jego goście koncentrują się na mówieniu o tym, jak wykorzystywać prawo na swoją korzyść, by jeszcze sprawniej poruszać się w świecie biznesu.

Druga z tych inicjatyw, to podcast i blog “Ultra Życie”, w którym Piotr i jego lepsza połówka, żona Agnieszka, opowiadają o życiu, jako o długodystansowym projekcie. Mój gość jest również biegaczem i jak możecie się już domyślić, jego ulubione dystanse to ultra. Oczywiście jest również książka pod tytułem „Prawo dla biznesu. E-commerce” napisana przez Piotra i jego wspólnika Pawła Głąba, która jest niejako dzieckiem pandemii.

Więcej o tym w samym odcinku. O godzeniu tych wszystkich aktywności w zaledwie dwudziestoczterogodzinnej dobie, typowych prawnych wpadkach twórców internetowych i potknięciach prawników, takich jak na przykład niestawienie się na rozprawie będziemy rozmawiać w dzisiejszym odcinku. Zapraszam do wysłuchania.

Cześć Piotrze!

Cześć Marku!

Jak się masz dzisiaj w piątek?

Może nie jest to już w jakimś wymiarze „piątek, piąteczek, piątunio”, ale całkiem w porządku. Było dzisiaj kilka zaskakujących elementów w mojej pracy zawodowej, ale to chyba dobrze. Bo jakby wszystko było przewidywalne, to by chyba to życie mało ciekawe.

Rozumiem. Ja też miałem dzisiaj parę nieprzewidzianych sytuacji, w tym jedną związana z COVID-em, także faktycznie nie jest to taki typowy luźny piątek, tylko jednak trochę tej spiny było.

Wiesz co, zawsze na początku proszę moich gości o przedstawienie się i powiedzenie czegoś więcej o sobie, ponad to, co można wyczytać w internecie. Powiem Ci, że na szybko sobie zrobiłem notatki i może powiem Ci, co na początek ja o Tobie znalazłem, a później zobaczymy na ile Ty będziesz w stanie to uzupełnić.

Ok. A może po prostu tylko okroić?

Może tak. W każdym razie mąż, ojciec dwójki dzieci, bloger, podcaster prowadzący dwa podcasty, partner w Kancelarii Prawniczej i biegacz ultra. Tak na początek. Powiedz mi czy coś pominąłem?

Przedsiębiorca i radca prawny, nie wiem, czy tak wybrzmiał w pełni. Natomiast z tym blogerem to bym tak troszeczkę może dyskutował. Faktem jest, że prowadzimy wpisy, mówię „Prowadzimy”, bo działam w ramach Kancelarii i tutaj praktycznie nawet w podcaście pojawia się od czasu do czasu mój wspólnik Paweł Głąb, natomiast jeżeli chodzi o wpisy na blogu, to nie tylko ja je piszę, dlatego mówię, że prowadzimy coś na kształt bloga, ale tak blogerem bym się w tym wszystkim najmniej chyba czuł.

To znaczy, sam bym się tak nie nazwał. Nazwałbym się pewnie podcasterem bez jakiegoś większego problemu. Ojcem dwójki dzieci, wszystko potwierdzam, mężem, biegaczem ultra, przedsiębiorcą, radcą prawnym, to wszystko potwierdzam.

Może jeszcze rozwinę tu element tego radcy prawnego, prawnika, głównie, a w zasadzie praktycznie wyłącznie, chociaż to słowo „Głównie” mi się tak nasunęło teraz na usta, bo dzisiaj miałem rozprawę, która nie dotyczyła biznesu. To jest jedna z pierwszych praw przyjęta w kancelarii jeszcze w 2014 roku, ale obecnie to już praktycznie wyłącznie prowadzimy sprawy dotyczące działalności gospodarczej, firm, nie są to oczywiście tylko sprawy sądowe, ale są to takie stałe obsługi przedsiębiorstw.

Bardzo dużo działamy w e-commerce i tu dodałbym jeszcze jedno słowo, bo tak od jakiś dwóch tygodni, mniej lub bardziej precyzyjnie licząc, to mogę się nazywać autorem, a precyzyjnie współautorem książki. 8 września wyszła, tu znowu posłużę się tym sformułowaniem „nasza”, bo tu kilka osób z kancelarii pracowało nad tą książką. Nasza pierwsza książka „Prawo dla biznesu. E-commerce”. Strasznie długo się przedstawiam.

Nie, nic nie szkodzi. Słuchaj, do książki jeszcze dojdziemy, natomiast chciałem Cię na sam początek zapytać, jak Ty to wszystko robisz? Bo mnie się to wydaje strasznym ogromem pracy i strasznie dużym nakładem energii to trzeba osiągać. Więc powiedz mi, jak Ci się to udaje robić i może od razu na początek, z fakapami, czy raczej bez to wszystko?

Na pewno z fakapami. To nie jest tak, żeby wszystkie rzeczy nam zawsze wychodziły, jak ich robimy całkiem sporo, natomiast pytaniem zawsze otwartym pozostaje, w której części działalności sobie na te fakapy jesteśmy w stanie dać jakieś przyzwolenie większe i mniejsze, bo ujmę to w tych kategoriach, że zdarzyło mi się na przestrzeni ponad dwóch i pół roku podcastowania, po raz kolejny zupełnie przez przypadek opublikować ten sam odcinek podcastu, dobrze, że ktoś mi zwrócił na to uwagę, że to już chyba było.

Natomiast takie wpadki pod tytułem „Błąd w tytule odcinka” jak jeszcze te tytuły odcinków były na okładkach podcastu. Pod każdy podcast była robiona osobna okładka. Błąd w sensie literówka to takich nie wiem, czy fakap to nie jest za duże słowo, ale takich drobnych wtop, tak bym to bardziej określił, to na przestrzeni tych dwóch i pół roku podcastowania to na pewno się trochę dorobiłem.

Pewnie z części sobie nawet nie zdaje sprawy, bo akurat podcasty to nie jest to miejsce, gdzie można zawsze liczyć na to, że jakiś sympatyczny hejter wysmaruje Ci w komentarzu wszystkie możliwe Twoje niedociągnięcia, natomiast było tego całkiem sporo.

Z drugiej strony patrząc, czyli od tej takiej bardziej profesjonalnej strony mojej działalności, czyli już jako radca prawny, to niewątpliwie przez jakby tak liczyć, jeszcze na studiach pracowałem już jako prawnik, to by był bodaj 2007 rok, natomiast już liczmy od 2008 roku, nie chodzi o moje przekonanie, wiem, że się dopuściłem pewnych błędów, tylko nie znam osoby, która 12 lat siedzi w jakimś zawodzie aktywnie i nie dopuściła się żadnych błędów.

To znaczy, jeżeli ktoś tak twierdzi, to ja śmiem postawić tezę, że on może mówić nieprawdę…

Rozumiem.

Bo to jest kwestią dyskusyjną, jakie były skutki tych błędów, jaki był poziom tych błędów i czy można było coś zrobić, żeby tych błędów uniknąć. Bo w mojej branży czasem, szczególnie w sporach sądowych, jest to kwestia taktyki i taktykę można mieć najlepszą, ale zawsze wejdzie jeszcze w grę kilka rzeczy, których przewidzieć nie można.

Wtedy popełniłem błąd, bo rozegrałem to taktycznie, tylko czy mogłem tego błędu uniknąć? Postawiłbym tu czasem znak zapytania, ale kilka razy zdarzyło mi się to rzeczywiście dopuścić błędu, który był takim, typowym ludzkim błędem.

Jak na ten moment, mogę powiedzieć, że przynajmniej z tych takich znaczących błędów, chyba we wszystkich przypadkach, chociaż czasem w bólach, w mękach i po trzech latach, wybrnąłem jakoś.

Natomiast kilka jeszcze rzeczy jest na biegu z tego typu potknięć procesowych, tylko pytanie, jaki to będzie miało wpływ na rozstrzygnięcie, bo sprawy są w toku, czy w ogóle będzie miało wpływ na rozstrzygnięcie. Czy to nie jest tak, że tylko ja to uważam jako błąd, a pozostali uczestnicy procesu, czyli druga strona i sąd, wcale nie. To są zbyt skomplikowane pytania, żeby na nie tak odpowiedzieć abstrakcyjnie i globalnie, a też nie miałbym jak spytać strony przeciwnej, czy uważa to moje posunięcie za błędne, czy prawidłowe, bo mogłaby mi nie odpowiedzieć szczerze.

Domyślam się, że tu jednak każdy musi się martwić przede wszystkim o siebie w takich przypadkach.

Tak to wygląda.

Wiesz co, rozumiem Cię doskonale, bo sam mniej więcej też pracuję w swoim zawodzie w okolicach 12 lat i nawet dwa, trzy miesiące temu zdarzyło mi się popełnić kilka tak solidnych fakapów, że za głowę się złapałem, jak zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem.

Na szczęście w mojej firmie udało się to wszystko odkręcić, ale po prostu chyba zmęczenie materiału zadziałało i parę rzeczy totalnie skopałem, ale mam bardzo wyrozumiałą firmę, bardzo wyrozumiałych szefów, wszystko udało się szczęśliwie odkręcić.

Chciałem Cię w takim razie zapytać, może tak na początek, od tej mniej prawniczej strony, o Twój największy fakap w ostatnim czasie. Jest coś takiego, co Ci bardziej dobitnie zapadło w pamięć, albo co się mocno odcisnęło piętnem na Tobie, Twojej psychice?

Ciężkie pytanie. W sensie nie przychodzi mi nic tak totalnie konkretnego do głowy, z ostatniego czasu podkreślam, żeby ktoś nie pomyślał, że mi nic z życia nie przychodzi do głowy.

Natomiast wydaje mi się, że mogłem trochę bardziej spokojnie zareagować na początek lockdownu, gdzie wcale nie zacząłem biegać w kółko i krzyczeć „Co zrobimy, co zrobimy?”, ale taki byłem mocno, nawet zbyt mocno zaniepokojony tym, co się będzie działo, jakoś zapominając zupełnie o tym, że w tego typu sytuacjach jednak ludzie, może nawet w bardziej niż innych, potrzebują prawnika.

Mimo że pierwszy moment to jest moment konsternacji, w którym te bieżące procesy powiedziałbym, mocno stanęły u większości klientów. Takie bieżące rzeczy, które się robiło od zawsze, albo jakieś projekty realizowane od pewnego czasu, to zazwyczaj zostało powstrzymywane, natomiast później zaczęły się pojawiać coraz to nowe zagadnienia.

Wszyscy będziemy jeszcze chwile pamiętać, jaki to był zmienny czas, szczególnie między marcem a końcem maja i jak trzeba było mocno śledzić to, co się dzieje. Jedni to lubią, inni za ty nie przepadają, natomiast wszyscy chyba raczej musieli śledzić, co się dzieje.

Z drugiej strony trzeba było też reagować i ustawiać swoje biznesy do zmieniającego się otoczenia i stacji. Tu jakoś tak, to nie było tak, że zacząłem podejmować jakieś takie nagłe i zupełnie nieprzewidziane ruchy, tylko tak gdzieś umknęło mi z pola widzenia, że kryzys to jest ten moment, kiedy Ci prawnicy na pewno w tym wszystkim nie zostaną zmieceni z rynku, bo mamy kryzys, tylko finalnie, może w mniejszym zakresie, ale będzie na pewno zapotrzebowanie na nasze usługi.

To też nie trwało długo, bo sam początek kryzysu lockdownowego zaczął się faktycznie spadkiem, jeżeli chodzi o bieżące zlecenia, sądy zostały totalnie wtedy zamknięte, więc my na szczęście nie mamy kancelarii nastawionej na prowadzenie spraw sądowych aż tak mocno, żeby zamknięcie sądu spowodował u nas wyłączenie funkcjonowania kancelarii. Mam znajomych, u których tak to wyglądało.

Brzmi nieciekawie dość.

Brzmi nieciekawie i faktycznie mam kilku znajomych, którzy mi mówili, że w zasadzie nic nie robią, bo terminy były pozawieszane, takie na składanie pism, rozprawy poza zupełnie takimi niemogącymi zwlekać się nie odbywały.

Nic nie mają do roboty, bo ich kancelaria opierała się na prowadzeniu spraw sądowych. U nas się to jednak głównie opierało od samego początku, bo taki był mój koncept na kancelarię, na bieżącej obsłudze biznesów i z tego powodu to był spadek potrzeb klienckich, ale nie ich brak. Po chwili takiego wystudzenia we mnie emocji, co będzie się działo, stwierdziłem, że ten czas mogę poświęcić na pisanie książki, którą już od dawna chciałem napisać. Potem się jeszcze kilka innych, pozytywnych w tym kontekście, rzeczy podziało.

Mówimy o tej książce, o której mówiłeś przed chwilą, „Prawo dla biznesu. E-commerce”?

Dokładnie o tej.

To jest dziecko lockdownu? Wybacz za określenie.

Tak, to jest dziecko lockdownu i efekt COVID-u, że tak bym określił. Chociaż tak połowicznie, bo jak już jesteśmy przy tym temacie, to opcję go tak, po ile mogę opowiadać od początku do końca.

Oczywiście.

Wyglądało to mniej więcej w ten sposób, że jak już zeszły ze mnie te pierwsze emocje, było wiadomo, że jest lockdown, już było wiadomo, że potrwa więcej niż tydzień, czy dwa. To już w głowach wszyscy mieliśmy utrwalone, ta walka z rzeczywistością w głowach się zakończyła na tamtym etapie przynajmniej.

Stwierdziłem, że skoro pojawiła się większa przestrzeń czasowa, to zacznę pisać książkę. Nie wiem, czy minęło dwa tygodnie, a do mnie odezwała się osoba z Heliona, czyli większość osób czytających książki biznesowe, to może Onepressem będzie kojarzyć. Onepress to jest marka Heliona. Z pytaniem, czy chciałbym z nimi napisać książkę.

W zasadzie chwilę się zastanawiałam, czy aby na pewno nie chciałbym się jednak pokusić o self publishing, stąd nie odpowiedziałem od razu, ale potem jednak pomyślałem, że jakby w konfiguracji wydania tej książki z Helionem, z Onepressem, mam pewność, że ona będzie miała bardzo duże zasięgi, jeśli chodzi o dotarcie do potencjalnych klientów i że chyba jednak zdecydowanie korzystniej będzie skorzystać z tej bardzo miłej, skądinąd, propozycji.

Po kilku godzinach to nie było jakieś wielodniowe zastanawianie się, tylko bardziej ocena sytuacji, po kilku godzinach odpisałem, że jest mi miło, że dostałem taką propozycję i się dobrze składa, bo właśnie jestem w trakcie pisania książki i mam propozycję, żeby to była książka „Prawo dla biznesu. E-commerce”, bo na ten temat piszę.

Chyba już w tej pierwszej wiadomości postawiłem taki jeden warunek. To znaczy nie jakoś na ostrzu noża go postawiłem, ale że bardzo by mi zależało, żeby książka była wydana w stylistyce zbliżonej do stylistyki okładki podcastu, bo chciałbym, żeby był widoczny taki ewidentny związek między jednym a drugim.

Ok. Czyli Onepress, czy Helion w zasadzie, trafił do Ciebie przez podcast?

Trudno mi jest powiedzieć, czy trafił do mnie przez podcast, czy przez wtedy mocno publikowane też wpisy blogowe. Było to mniej więcej tak, że przed momentem lockdownu, bardzo mocno publikowałem artykuły dotyczące IT. W okresie lockdownu znowu zaczęliśmy publikować, w tym też ja sporo publikowałem, wpisów dotyczących tych rozwiązań tarczowych. Chociaż wydaje mi się, nie spytałem o to nigdy, czasami człowiek o coś nie spyta, może po naszej rozmowie się zdecyduje na zadanie pytania, co było przyczyną.

Natomiast wydaje mi się, że jednak podcast na pewno miał tutaj znaczenie i to bardzo duże. W tamtym okresie, kiedy dostałem tę propozycję, jeszcze do podcastu było dołożone naprawdę dużo publikacji związanych z wcześniej IT.

To były takie blogowe publikacje pisane, które były początkiem obecnie publikowanej w podcaście serii dotyczącej IT. Potem były nie do końca planowane odcinki dotyczące tarczy antykryzysowej, a w zasadzie wszelkiego rodzaju tarcz, które tam się pojawiały, w tamtym czasie bardzo intensywnie i bardzo mocno zmieniały tę prawną rzeczywistość wokół nas.

Czyli taka największa nauczka z tego okresu lockdownu, czy pandemii, to jest, powiedziałbym, niesiedzenie bezczynnie. Tak jak mówisz, na początku był lekki szok, lekkie zdezorientowanie odnośnie tego, co będzie dalej, obserwowanie kolegów, których w zasadzie ta obecna sytuacja zablokowała, jeśli idzie o ich pracę i Ty miałeś ten pomysł, żeby prowadzić kancelarię w trochę inny sposób.

To, co oni zrobili można by pewnie nazwać fakapem, ograniczenie się tylko do pewnego rodzaju zagadnień, a zaraz potem z tego urodziła się książka. Lekki przypadek trafił się Helion, ale ta prace musiałeś wykonać Ty i współautorzy, prawda?

Strukturyzuje to może. Tam jedna rzecz tak trochę śmiesznie wychodziła, jeżeli chodzi o początki tego lockdownu, bo wszyscy, przynajmniej z mojej branży, mówili, jak to przenoszą się do online, a myśmy mieli takie poczucie, że nie możemy się przenieść do online, bo już tam jesteśmy i funkcjonujemy sobie w ten sposób od kilku dobrych lat.

Może bez jakiś większych telekonferencji, bo nigdy nie mieliśmy poczucia, że każdą sprawę z klientem należy załatwić poprzez telekonferencje, jakoś tak nauczony złymi doświadczeniami z mojej pierwszej pracy na aplikacji, która poprzedza możliwość wykonywania zawodu radcy prawnego, okres aplikacji.

Pracując u kogoś w kancelarii wtedy miałem, tak to było poukładane, że tam się ciągle chodziło na jakieś spotkania i się siedziało i był jeszcze zwyczaj, żeby na tych spotkaniach siedzieć godzinę.

W moim biznesie wygląda to identycznie. Pochodzę z IT, że tak się wyrażę, czasami godzina, czasami dwie, zdarzało mi się na czterogodzinnych siedzieć, także kultura siedzenia na telekonferencjach mam wrażenie, że istnieje na całym świecie, niezależnie od branży, która się zajmujesz.

Tam wtedy jeszcze o telekonferencjach nie było mowy, to były takie zwykłe spotkania przy stole, natomiast bardziej chodziło mi o to, że myśmy bardzo dużo spraw załatwiali po prostu przez internet, bez spotkań, bo finalnie okazywało się to też zupełnie wygodne dla klienta, bo okazywało się, że on wcale nie musi przyjechać do kancelarii, nie musi siedzieć godzinę, może załatwiać swoje sprawy, a wszystko, co było do zrobienia, ma zorganizowane z naszej strony po dwóch, trzech mailach.

Faktycznie, jeśli jest taka sytuacja, że sprawa jest bardziej skomplikowana, bardziej zawiła, to zawsze była z naszej strony informacja, że nie wystarczy nasza zwykła procedura współpracy, mail, jakaś krótka rozmowa telefoniczna, że lepiej będzie się spotkać. To faktycznie, do takich spraw telekonferencja byłaby, czy jest wskazana. Tak realnie, nie zmienialiśmy wiele wchodząc w lockdown.

U nas realnie wszystko się odbywało tak, jak wcześniej. Stąd tak trochę na to patrzyliśmy z takim zdziwieniem, że aż tyle się mówi o tym, że kancelarie przechodzą do online, ze Covid to przyspieszył. Wydawało nam się, że większość prawników gdzieś sporą część swojej aktywności w ten sposób realizuje. To też jest pytaniem otwartym, czy myśmy się pomylili, czy może jest tak, że może było słychać tylko tych, którzy to głośno mówili, że przechodzą do online, a nie było słychać takich kancelarii, jak nasza, którzy już tam byli. Bo co mieliśmy krzyczeć.

Dokładnie.

Nie bardzo było co krzyczeć. Czy się przyglądałem jakoś mocno na sytuację innych kancelarii? Dało się ją widzieć. To może nie była jakaś strasznie szczegółowa, drobiazgowa analiza. Co do tego błędu, który bym sobie przypisał w związku z początkiem lockdownu, to takie impulsywne, może nie na zewnątrz, ale wewnątrz, impulsywne zareagowanie „O Jezu, co się będzie działo”. Zamiast poszukać w głowie, co jeszcze możemy zrobić, jak to zrobić, skoro jest więcej czasu, to na co go mogę spożytkować.

Tu, nawet odpowiedzią z mojej strony było, więcej odpoczynku, to myślę, że to jest zdecydowanie lepsze rozwiązanie, niż bicie się z myślami co będzie. Zazwyczaj w pewnym stopniu mamy wpływ na to, co będzie, ale na pewno nie w stu procentach, więc to takie jeszcze w zasadzie wróżbiarstwa, przewidywanie co będzie. To jest w większości przypadków strata czasu, a i tak w takim czasie pandemicznym, to chyba większość osób miała czarne wizje przyszłości. To bym sobie głównie przypisał.

Zgadza się.

Ale to nie był na szczęście długi moment. Wtedy pojawiła się w mojej głowie ta książka.

Mam takie wrażenie, że już niezależnie, w jakiej jesteśmy sytuacji, czy to jest pandemia, czy cokolwiek innego, to czarnowidztwo jako takie, samo może być, nawet nie wiem, czy fakap, to jest najlepsze słowo. To jest takie samowolne, dobrowolne podcinanie sobie nóg.

Zrobienie sobie przeszkód tam, gdzie ich nie ma. Wpadanie w takie najczarniejsze myśli, w to lamentowanie. Tak jak mówisz, miałeś ten moment, on był krótki, wnioski szybko wyciągnięte i mamy namacalny efekt w postaci książki, która zresztą mam tu u siebie w pokoju. Wiesz co, chciałem przejść teraz do tego online’u. Sam wspominałeś, że dużo obracasz się w środowisku online’owym. Tak jak mówisz, jesteś podcasterem, niejako też, czasami mówiliśmy o tym blogowaniu, i jesteś twórcą internetowym.

Powoli wkraczam w ten świat i chciałem Cię zapytać o Twoje doświadczenia, czy historie, z którymi miałeś styczność, jeśli idzie o takie fakapy, w przypadku twórców internetowych. Czy są może takie sytuacje, takie rzeczy, na które tacy twórcy nie zwracają często uwagi, a które mogą się okazać faktycznie jakimś dużym błędem, czy jakąś poważną szkodą dla nich.

Czy miałeś styczność z takimi sytuacjami? Jeśli tak, to co to było i jakie wnioski można tutaj wyciągnąć, żeby się uchronić przed ochroną swojej własności intelektualnej. Jakie zdarzają się problemy w przypadku takich twórców internetowych z Twojej perspektywy?

Może zacznę od tego, żeby Twoim słuchaczom ułatwić, gdyby chcieli też zająć się twórczością internetową, to w ten czy inny sposób byśmy może zrobili tak, żeby pod tym odcinkiem, w notatkach do odcinka, podlinkować, takie darmowe moje dzieło, w sensie e-book, którego nie nazwałbym książką, bo to chyba za duże słowo.

On się nazywa „Prawne podstawy podcastingu”, natomiast jestem przekonany, że tam, jak się zamieni słowo „Podcast” na „YouTube”, czy na „Bloga”, to praktycznie…

Sens zostanie ten sam.

Co najwyżej pewne rozdziały nie będą miały znaczenia, bo pewnych rzeczy nie da się zrobić z tekstem, które się da zrobić z audio. Nie będą miały znaczenia, ale to margines totalny, a można sobie będzie dzięki temu naprawdę zbudować wiedzę wystarczającą do poruszania się w tym świecie twórczości internetowej. Żeby przynajmniej wiedzieć, gdzie należy się zastanowić, czy czasem nie naruszamy prawa.

Jeżeli chodzi o takie szablonowe sytuacje, które stwarzają problem, to powiedziałbym, że prawo cytatu i tu też nie rozwlekając tego całego tematu, bardzo często jest tak, że osobom, które się zajmują twórczością internetową, wydaje się, że prawo cytatu polega na tym, że jak zamieścimy sobie krótki fragment cudzego utworu, piosenki dajmy na to, u siebie, bo to jest ok, bo to jest prawo cytatu. A to nie do tego się sprowadza.

To znaczy, z jednej strony to ma być albo krótki fragment, albo krótki utwór w całości, bo on też może być cały, jak jest odpowiednio ten utwór krótki. Ustawa nie mówi o żadnym czasie. To znaczy, krótki fragment, jeżeli jakieś dzieło ma 8 godzin, to może mieć i 30 minut.

Wiadomo, że jeżeli coś ma 3 minuty, to krótki fragment, to będzie 30 sekund. A jeżeli coś ma 30 sekund, to możemy się zastanowić, czy może możemy to zamieścić w całości, ale tam zawsze musi być jeszcze tak cel nadrzędny do tego, żeby móc z tego skorzystać. To będzie nauczanie, edukacja, prawa gatunku twórczości.

Ci, którzy nagrywają twórczość satyryczną, parodiową, będą mieli łatwiej, bo będą mogli korzystać z innych utworów, w ramach tej twórczości, ale mówię, często spotykam się z pytaniami, czy jak zamieszczę kawałek jakiejś piosenki, czegoś innego, czy to będzie w porządku i czy to są prawa cytatu, czy to jest prawo cytatu realizowane, czy wszystko będzie dobrze.

Wtedy zaczynam się dopytywać po co, w jakim to będzie kontekście, czy to będzie omówienie, czy to będzie edukacja, bo to wtedy będzie ok. Czy te prawa gatunku twórczego, żeby z tymi prawami gatunku twórczego coś powiedzieć na sto procent, to na pewno będą remiksy DJ-ów.

Natomiast z twórczości internetowej, to wydaje mi się, ale nie spotkałem się z żadnym orzeczeniem. Wydaje mi się, jest to potwierdzone, że osobom, z którymi na ten temat rozmawiałem, wydaje się analogicznie, że memy będą takim gatunkiem twórczym, który pozwala na zamieszczanie na przykład ujęć z filmów, bo to też jest objęte ochroną praw autorskich. To, że to jest tylko jeden kadr, niczego nie zmienia tak realnie.

To jest chyba taki jeden z głównych, najczęściej zdarzających się błędów przy tworzeniu. Coś, z czym się też spotkałem i co też może mieć w tym, czy innym znaczeniu, czy sensie, jakiś negatywny wydźwięk, to takie błędne rozumowanie, że jeżeli ktoś wrzuca podcast za darmo, na przykładzie podcastu mówię, że ktoś wrzuca podcast za darmo i nie pisze gdzieś w notatkach, że on jest copyright, czy, że wszystkie prawa zastrzeżone, czy cokolwiek, co by wskazywało, że oczekuje tej ochrony prawnej, to od razu znaczy, że możemy sobie wziąć, zrobić z tym, co chcemy, zamieścić u siebie fragment, w dowolnym kontekście.

Bo to nie jest objęte żadną ochroną. Wręcz przeciwnie, to, że to jest za darmo udostępniane, to wcale nie znaczy, że inni sobie mogą robić z tym, co chcą. Jeżeli to jest udostępnione przez jakieś aplikacje, to znaczy, że twórca tego podcastu udziela licencji niewyłącznej wszystkim użytkownikom tych aplikacji do tego, żeby słuchali jego podcastu, a nie do tego, żeby robili z nim, co im się żywnie podoba.

Konkluzja z tego jest taka, że fakt, że w jakiejś darmowej twórczości w internecie nie jest napisane, że nie można z tego korzystać, bo jest objęte prawami autorskimi, to wcale nie oznacza, że to nie jest objęte i że to jest wtedy jakiś open source, jakaś wolna licencja.

Żeby była wolna licencja, to musi być to napisane. O tym często zapominają twórcy internetowi. Znaczy nie spotkałem się z sytuacją jakiegoś sporu sądowego, szczególnie u nas w Polsce, na kanbie takie problemu. Jeżeli chodzi o podcasty, to jest rynek, dopiero powiedziałbym, powoli rosnący. Nie powiem, że on jest raczkujący, bo to byśmy musieli rozmawiać w 2017 roku.

Kilka lat już faktycznie ma. Jak najlepiej się w takim razie zabezpieczyć w takich sytuacjach? Czy przy każdym źródle należałoby zasięgnąć konsultacji prawniczej, czy kontaktować się za każdym razem z autorem.

Tak jak mówiłeś, w przypadku tworzenia memów, które są oparte o jakieś dzieła kultury, filmy, muzykę i tak dalej. To się wydaje wręcz nierealne, kiedy się coś takiego będzie wykorzystywało w swoje twórczości i można się potencjalnie wpędzić w jakieś kłopoty tutaj. Czy faktycznie to tylko brzmi groźnie, a w rzeczywistości, tych spraw, nie ma tak naprawdę spraw, które by się toczyły w sądzie o tego typu działalność?

Zacznę od końca. Czy nie ma, to też nie powiem na 100%. Ja się nie spotkałem, natomiast z drugiej strony patrząc, nawet jeśli teraz nie ma, to nie znaczy, że za dwa lata nie będzie. Te za dwa lata mogą dotyczyć też jakichś naruszeń z dzisiaj. To tak bym do tego nie podchodził.

Natomiast tu pozwolę sobie może na takim najczęściej zdarzającym się scenariuszu, przynajmniej jeżeli chodzi o takie pytania od innych podcasterów, które do mnie trafiają, to sprowadzają się do tego, że ktoś prowadzi podcast, gdzie czyta czy całe, czy fragmenty bajek i czy on może sobie przeczytać krótki fragment jakiejś bajki. Dochodzimy do wniosku, że to się nijak nie mieści w prawie cytatu, ani obok tego prawa cytatu nawet nie stoi konwencja, w której ma być odczytana ta bajka.

Pojawia się, scenariusz jest dość stały, więc to tak przytoczę, jak to wygląda przynajmniej z mojej perspektywy, pojawia się takie rozżalenie, że jak to, chce, żeby dzieci mogły posłuchać bajki. Sam to zawsze rekomenduję, poszukaj autora, poszukaj wydawnictwa, spytaj, może się zgodzą.

Słyszałem w podcaście Wojtka Struzika, że przy dużych wydawnictwach wcale nie jest łatwo, żeby w ogóle odpowiedzieli, co do tego, czy można fragment bajki wykorzystać, a jeśli odpowiadają, to wcale nie jest tak, że się zawsze zgadzają. Zawsze można poszukać kogoś, kto nie wiem, prowadzi bloga, gdzie pisze bajki.

W oparciu o taką bajkę, którą tam znajdziemy, łatwiej jest się nam skontaktować z autorem, autorką i zadać pytanie „Słuchaj, prowadzę podcast, w którym pasowałoby mi wykorzystać ten i ten fragment, czy byłoby to możliwe? Jeśli tak, to czy poza namiarami skąd to jest wzięte, jakieś byś miał, miała oczekiwania?” Często takie podejście wiele wyjaśnia, bo żeby dostać licencję, niewyłączną na skorzystanie z takiego fragmentu utworu, to nie musimy mieć jakiejś wielostronicowej umowy.

Faktem jest, że zawsze pozostaje jakieś ryzyko, że ktoś nam tę zgodę cofnie i wtedy to będziemy oceniać na kanwie każdej konkretnej sytuacji, czy my musimy kasować, czy nie musimy kasować, tego, co stworzyliśmy.

Jeżeli ktoś wydaje podcast za darmo i nic na tym nie zarabia i na tym nie planuje, tylko traktuje to totalnie hobbystycznie, to myślę, że to będą dostateczne zabiegi w kontekście ryzyka, które może nastąpić, którym jest, że będę musiał potencjalnie skasować odcinek podcastu.

Alternatywą do takiego niezarobkowego totalnie podcastu, wydanie kilkuset złotych, czy kilku tysięcy złotych, żeby wykupić licencję, dostać umowę od wydawnictwa, wynająć prawnika, na analizę tej umowy. Zawsze pozostaje tutaj otwartą kwestią, czy ta inwestycja będzie warta swoich pieniędzy w tej konkretnej sytuacji.

Rozumiem.

Jeszcze jedna rzecz przychodzi mi do głowy. Z takich błędów, które się powtarzają i to nie jest już taki błąd stricte z kontentem, ale jest to błąd oparty na budowaniu kontentu i tej bazy słuchaczy, czy widzów, a może czytelników, jeżeli to jest blog. Mianowicie zbieranie, tworzenie listy mailingowej, bez prawidłowego stworzenia polityki prywatności i zgód marketingowych. RODO chyba wszyscy znają.

No tak, wszyscy.

Musieli słyszeć. Przyjmijmy, że wszyscy słyszeli. Większość osób jakoś tak łączy, że kwestia wysłania maila do słuchacza, widza, czytelnika, to będzie kwestia tylko i wyłącznie RODO, to na pewno będzie kwestia związana z RODO, to, że my zbieramy maile, te dane osobowe.

Ale jeśli kiedyś byśmy chcieli swoją książkę reklamować w ramach tej zebranej bazy kontaktów, chcielibyśmy kurs online reklamować w ramach tej bazy kontaktów, to powinniśmy też mieć takie zgody marketingowe, które się opierają na dwóch ustawach. One będą zakresowo trochę różne, ale w tym E-booku, w którym wspominałem, jest to szczegółowo opisane.

Super.

Które wynikają z ustawy prawo telekomunikacyjne i ustawa o świadczeniu usług droga elektroniczną. Te trzy rzeczy, czyli żeby było dobrze zrobione RODO i żeby te zgody były dobrze zebrane, myślę, że naprawdę warto mocno zadbać na etapie, w którym zaczynamy zbierać listę mailingową, bo spotkałem się z sytuacją, w której ktoś miał prawie dwa tysiące adresów i nic z tym nie mógł zrobić.

Nie miał odpowiednich zgód.

Tak. Znaczy rozważaliśmy, jakby można było, ujmę to w tych kategoriach, przy najmniejszym z możliwych naruszeń prawa, rozesłać do tej bazy pytanie, kto wyraża zgodę. Finalnie gdzieś ta osoba stwierdziła, że w inny sposób zrealizuje cele.

Bardziej powiedziałbym – bardziej biznesowo oparte na swojej rozpoznawalności, więc zaniechaliśmy tego projektu. Natomiast tam nie była za bardzo kwestią jak to zrobić, żeby to zrobić zgodnie z prawem, tylko bardziej było kwestią jak to zrobić, żeby to zrobić najmniej niezgodnie z prawem.

Ok. Brzmi ciekawie. Powiem Ci, szczerze mówiąc, że o ile sama kwestia wykorzystania twórczości innych ludzi, czy fragmenty, czy w całości, to mi przyszło do głowy, to szczerze mówiąc o tym, o czym rozmawiamy w tym momencie, oczywiście z wyłączeniem RODO.

W pracy mam z tym styczność bardzo często. Totalnie bym nie pomyślał, także dzięki i czuje, że tego E-booka będę musiał przeczytać, bo jeszcze nie miałem okazji.

Od razu ostrzegam, że to jest kilkadziesiąt stron.

Tym lepiej.

Więc dobry wieczór. Pytanie, czy dobry, to już zależy, jak kto lubi prawo.

Dokładnie. Wiesz co, teraz chciałem na chwilę zmienić temat i wrócić troszeczkę do tego prowadzenia kancelarii, o którym mówiliśmy wcześniej. Tak, jak mówiłeś, Covid nie zastał Was ze spuszczonymi spodniami, bo duża część Waszej działalności już się odbywała w internecie, więc byliście w stanie się odnaleźć w tym wszystkim. Natomiast strzelam, że kancelarię prowadzisz od 2012 roku z tego, co pamiętam?

2013. Ale od początku 2013. Znaczy najpierw, to była taka jednoosobowa kancelaria, żeby być zupełnie szczerym i uczciwym, to jako taka kancelaria, którą nazwałbym firmą, a nie miejscem stworzonym do pracy dla mnie. W sensie samozatrudnieniem, czy jednoosobową działalnością. To już chyba niemodne słowo „Samozatrudnienie”, ale jeszcze w 2012-2013 roku to dało się niekiedy słyszeć.

No tak, teraz to są soloprenerzy. To już jest tak z angielskiego.

Sam się wtedy jeszcze w tym 2013 czułem bardziej samozatrudnionym niż jakimś solopreneur. W ogóle tego zwrotu wtedy jeszcze nie słyszałem. Dużo później go usłyszałem. Natomiast taka kancelaria, jako miejsce, gdzie tych osób jest więcej, gdzie tworzymy coś wspólnie, to jest w zasadzie październik 2014 roku. Był taki zupełnie oficjalny start.

Wcześniej tak trochę nieoficjalnie, dziś tamten start był, ale ja się wtedy z końcem września 2014 zakończyłem współpracę z kancelarią, z którą współpracowałem dobry kawał czasu, bo od 2008 od października. Nawet pamiętam, że od 13 października 2008. Pamiętam nie dlatego, że to była taka ważna data, tylko pamiętam, że dzień po swoich urodzinach pierwszy raz tam poszedłem.

Aha.

A kiedy mam urodziny to akurat pamiętam. To jest dobre kilka lat.

No właśnie. Powiedz mi zarówno od tej strony prowadzenia kancelarii pełną parą, jak i bycia tym solopreneur, strzelam, że fakapy były.

Tak jak mówisz, jeśli ktoś przez tyle lat działa w danym biznesie i mówi, że fakapów nie było, to pewnie mija się z prawdą. Jeśli mógłbyś powiedzieć, jaki był największy fakap, jeśli chodzi o prowadzenie biznesu w tej konkretnej branży, którego byłeś świadkiem, uczestnikiem, współtwórcą? Jeśli możesz oczywiście, nie naruszając żadnych tajemnic.

Mogę. Jedna rzecz dotyczy prowadzenie kancelarii jako firmy, a druga będzie dotyczyła bardziej wykonywania zawodu, aczkolwiek też zawiodła kwestia organizacyjna. Jeżeli chodzi o prowadzenie kancelarii jako firmy, strasznie mi zależało na tym, żeby jak najbardziej rozszerzać działania kancelarii. W związku, z czym szukałem zewnętrznego partnera do prowadzenia kancelarii.

Docelowo chciałem się z kimś połączyć. Taki był zamysł. To też nie ukrywam, że szukałem w pierwszym rzucie wśród znajomych. Chyba mi to biznesowe zacięcie jakby trochę odcięło szukanie tego wśród znajomych.

Niby początki współpracy były obiecujące, ale szybko było widać, że się nie dogadujemy na poziomie koncepcji biznesowej. Ja miałem założenie takie, że w kancelarii prowadzimy sprawy, które dotyczą firm, biznesu, a nie które dotyczą rozwodów, czy innych kwestii rodzinnych. Zresztą mogę powiedzieć, że jeżeli chodzi o sprawy rozwodowe, to mam na swoim koncie bardzo okrągłą liczbę takich spraw, czyli zero.

Tego chcesz się trzymać?

Tę statystykę chce utrzymać. Krótko mówiąc, jak zobaczyłem, że moja, na tamten czas, niby współpracowaliśmy, ale przyszła wspólniczka, potencjalna, zaczyna brać sprawy rozwodowe i mówi, że to spoko, bo to nie wymaga wielkiego rozczytywania komentarzy, a można z tego zarobić więcej pieniędzy, czy dużo, czy trochę to bez znaczenia.

To był już dla mnie sygnał, że gdzieś mamy trochę inne wartości w ramach podejścia do kancelarii, jako czegoś większego, że to jest chyba ten moment, kiedy trzeba sobie powiedzieć, że się nie uda. Bo jak się tu rozchodzimy na poziomie takich założeń, to się nie da.

Dalej może być gorzej.

Nie da się zbudować kancelarii, która ma obsługiwać biznes i która ma prowadzić sprawy rozwodowe. Jeżeli ma obsługiwać biznes, to powinna się kancelaria na tym skoncentrować. Rzeczywiście, upraszczam to trochę, bo mamy kodeksy etyki i radcowie prawni i adwokaci.

Nie wolno nam nie przyjąć sprawy, bo mamy takie „Widzi mi się”, oczywiście wolno nam jej nie przyjąć, bo się, jeżeli chodzi o wynagrodzenia z klientem, nie będziemy w stanie dogadać, albo z tego powodu, że na przykład nie mamy kompetencji, żeby samodzielnie daną sprawę prowadzić.

Ujmę to w kategoriach, że się nie spotkałem, znaczy, już dawno nie miałem takiej rozmowy, ale jeszcze się nie spotkałem z osobą, która dzwoniłaby do kancelarii, gdzie na stronie internetowej było nomen omen, w tamtych czasach napisane zawsze „Prawo dla biznesu”, jako takie główne hasło przewodnie. Jeszcze wtedy przed podcastem, to był taki właśnie slogan kancelarii.

Pytali się, czy prowadzimy rozwody, mówiłem, że nie prowadzimy, bo zajmujemy się obsługą firm. Rozmowa była gdzieś tam prowadzona z takim potencjalnym klientem, ale jak dochodziliśmy do takiego mojego trochę retorycznego pytania, „Czy chciałby Pan, chciałaby Pani, żeby sprawą rozwodową Pana/Pani zajął się prawnik, który nigdy w życiu nie prowadził żadnego rozwodu wcześniej?”, to żaden z potencjalnych klientów w tym zakresie jednak mi nie zlecił żadnej sprawy rozwodowej. Nie wiem dlaczego. Nie użyłem tu nawet żadnego fortelu, bo to była i pozostaje szczera prawda i tylko prawda.

No tak. Ale rozstaliście się z tą współpracowniczką w końcu?

Nasze drogi się rozeszły. Dużym błędem było niezauważenie tego, że mamy odmienne podejście, jeśli chodzi o podstawowe rzeczy, jeżeli chodzi o organizację kancelarii, jako przedsiębiorcy na rynku usług prawnych.

Trzeba było wcześniej powiedzieć sobie jasno, że nie będzie tej współpracy, ponieważ są inne priorytety, inne założenia. Myślę, że to by było z większą korzyścią dla obu stron. A tak, to gdzieś tam chyba po obu stronach, z jednej strony mogę tylko powiedzieć, o swoich emocjach, ale z drugiej strony zakładam, że po obu stronach tych emocji takich niekoniecznie pozytywnych, trochę za dużo się wytworzyło w tamtym czasie, a nie było takiej potrzeby. Tylko trzeba było stanowczo pewne rzeczy przeanalizować i podjąć decyzję. Stąd to jest taki fakap mój, na kanwie biznesowej.

Jeszcze wcześniej z jedną osobą próbowałem nawiązać współpracę, ale to już tę historię pomińmy. Finalnie się okazało, że moim wspólnikiem została osoba, którą miałem tuż przed oczami na co dzień, bo mój pierwszy pracownik został moim obecnym wspólnikiem. Uważam, że to chyba najlepsze, co się mogło stać.

Drugim takim błędem moim, korelującym też z tamtym, o którym wspomniałem, było to, że z jednej strony zauważyłem to, że to będzie sensownym rozwiązaniem, ale tak cały czas, zamiast trzymać się tego, że skoro tu jest dobrze, to może w ten sposób to zacznijmy już teraz budować. A ja szukałem, że może jeszcze. To był jako taki drugi błąd.

Jeżeli chodzi o kwestie merytoryczne, to cóż, zdarzyło mi się kiedyś nie być na rozprawie. Bo nie została wpisana w kalendarz. Na szczęście bez jakichś wielkich szkód się to odbyło. Wszystko się w ten, czy inny sposób udało wyprostować. Dało to myślenie, jeśli chodzi o organizację tego kalendarza kancelaryjnego.

Najgorzej wspominam w zasadzie kwestięę przyznania się klientowi. To nie jest tak, że klient musi być na każdej rozprawie. Na tej nie był, natomiast to też była taka sytuacja z cyklu, że faktem jest, że pewnie z 20 minut zastanawiałem się jak rozpocząć rozmowę, ale wziąłem telefon, zadzwoniłem, przeprosiłem.

Akurat wiem, że zostało mi wybaczone, bo to było dobre kilka lat temu, a z klientem do tej pory mam współpracę. Myślę, że tutaj z jednej strony istotne było, ile pracy było wkładane wcześniej w jego sprawy, ogólne podejście ze strony kancelarii, ale też właśnie to, że nie schowałem głowy w piasek i nie udawałem, że się nic nie stało i że nie zadzwoniłem, opowiadając, jak to wszyscy są winni, że rozprawy nie było w kalendarzu, tylko że niezależnie od wszystkiego to ja odpowiadam za kancelarię.

Wtedy jeszcze nie funkcjonowaliśmy jako spółka, więc nie budziło to moich wątpliwości, kto odpowiada za kancelarię. No i cóż, zdarzyło się.

Dużo większym fakapem byłoby chyba nieprzyznanie się do błędu. Kłamstwo ma krótkie nogi i prędzej czy później, tak jak mówisz, tego klienta już by pewnie z Tobą nie było w tym momencie, gdybyś próbował nie wziąć tej winy na siebie, zwalić ją na wszystkich wokół, zataić to, jeśli taka możliwość w ogóle istnieje.

Ujmę to w tych kategoriach. Nie wiem, co by było, być może udałoby mi się zachować na tyle pokerową twarz, żebym to jakoś rozegrał, natomiast sam bym się z tym na pewno dobrze nie czuł. Uważam, że nie jest rolą prawnika bycie zawodowo, najbardziej szczerą i wylewną osobą na świecie, co wcale nie znaczy, że w stosunku do swoich własnych klientów, powinienem przyjmować taką samą retorykę.

Sam akurat jestem zdania i nie będę twierdził, że to jest zdanie, którego nigdy w życiu, w żadnej sytuacji na pewno, na 100% nie zmienię, bo różne są sytuacje w życiu, ale jeszcze nie miałem takiej sytuacji, w której uznałbym, że nie powiedzenie o tym, że coś się zrobił, tak już obiektywnie źle w sprawie do klienta, żeby to było dobrym rozwiązaniem.

Gdzieś tam na przestrzeni tych 12 lat, na samym początku mojej kariery, mi się takie zachowanie zdarzyło, z którego potem byłem na tyle mało dumny, że nie chce tego powielać, natomiast to też podkreślam, chodzi o obiektywnie źle zrobienie czegoś, bo nie pracuję w jednoznacznym zawodzie, jak matematyk, że albo coś wyjdzie, albo coś nie wyjdzie zgodnie z równaniem.

Chociaż pewnie matematycy, którzy się tym zajmują, mogą mieć trochę inne zdanie na temat poziomu skomplikowania ich fachu, ale przyjmijmy, że to jest w ramach potocznego stwierdzenia. Często mam tak, że taktycznie rozegrałem sprawę tak, a mogłem jeszcze inaczej. Bije się z myślami, czy mogłem zrobić to lepiej.

To takimi rozterkami też się nie dzielę z klientem, bo myślę, że każdy, kto świadomie podejmuje decyzje w ramach wykonywanego zawodu, takie rozterki ma. To też jakby nie chodzi o to, żeby wszystkie te rozterki na klienta przerzucić.

Oczywiście.

Klient po to do nas przychodzi, żebyśmy zrobili wszystko, co w naszej mocy. Przy programowaniu, przy bardziej skomplikowanych sprawach związanych z rozwojem nowych technologii, to są zazwyczaj umowy starannego działania, a nie rezultatu. Co innego przy jakiś takich totalnie powtarzalnych rzeczach.

W moim zawodzie przynajmniej w kontekście prowadzenia spraw, są to też umowy starannego działania, to znaczy ja mam zrobić wszystko, żeby było dobrze, ale to nie gwarantuje tego, że będzie dobrze.

Tak samo, jak pisze się umowę i umowa może mieć trzy strony i być totalnie dziurawa, a nic się nie stanie między stronami złego, a może mieć trzysta stron i się okaże, że strony przewidziały dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć przypadków, na które sobie jakiś scenariusz uknuły, a zdarzył się trzysetny.

Dokładnie.

Miałem sprawy, które uznałbym, jakbym je tak w oderwaniu od sytuacji czytał, uznałbym, że tam po prostu nie ma jak szpilki włożyć, bo tam wszystko jest uregulowane. No i okazało się, że nie wszystko, bo życie napisało taki scenariusz, oceniając tę konkretną sprawę, o której myślę, nie w ten sposób, że prawnik, której strony wymyślił jak obejść umowę, tylko po prostu życie napisało taki scenariusz, którego żadna z firm nie przewidziała.

Potem był proces sądowy, pewnie z dwa lata sobie trwał. Jedna strona wygrała, druga przegrała i, krótko mówiąc, jestem na 100% przekonany, że prawnicy piszący umowę, bo akurat nie byłem jednym z autorów tej umowy, dołożyli wszelkich starań, żeby ta umowa była najlepsza, jak się da. Też się okazało, że życie jest bardziej płodne w pomysły, niż nam się może wydawać.

No tak. Ale czegoś takiego nigdy chyba nie można traktować jako fakap i obwiniania się, brania winy, bo tak jak mówisz, to jest życie. Nigdy nie jesteś w stanie wykombinować wszystkich możliwych scenariuszy i założyć wszystkiego, co może pójść nie tak. Nawet, patrząc na to, w jakim świecie żyjemy w tym momencie. Rok temu jeszcze chyba nikt takich scenariuszy nie zakładał.

Nikt nie brał pod uwagę tego, że to się tak rozwinie, że będziemy na lockdownie, że będą przepełnione szpitale i tak dalej. Nikt nie brał pod uwagę tego, a to jest wielka sytuacja, która wpłynęła na cały świat, a mało kto pewnie patrzył na to w ten sposób.

Nic dodać, nic ująć. Właśnie patrzę na dół monitora, żeby sobie pokojarzyć co się działo w zeszłym roku o tej porze, ale to o wszystkim się myślało, ale nie o czymś takim. To w ogóle jakby mi ktoś powiedział we wrześniu 2019 roku, że się takie rzeczy zadzieją za kilka miesięcy, to nie wiem, czy bym go wyśmiał, ale na pewno nie potraktowałbym go przesadnie poważnie.

Bo może by się wydarzyły, za pięć lat, za sześć, dziesięć, ale za kilka miesięcy? Tak mi się chyba nie do końca było to w stanie w głowie pomieścić, a jednak się wydarzyły.

Co do tych fakapów, to też miałbym trochę myśl przewodnią, z mojej strony, że to często jest tak, że im jesteśmy bliżej wydarzenia, tym nam się bardziej wydaje, że to jest taki totalny fakap i że jak mogliśmy, my fachowcy, specjaliści, biznesmeni, przedsiębiorcy, jak mogliśmy coś takiego zrobić, do czegoś takiego dopuścić. Ci, którzy może niekoniecznie chcą brać odpowiedzialność na siebie, to jeszcze mogą oczywiście stworzyć retorykę, że jak moi pracownicy mogli, no ale wydaje mi się, że to gdzieś przyjęcie odpowiedzialności na siebie, jest lepszym rozwiązaniem. Ale to jest moje zdanie w tym temacie. Nie będę wchodził w polemikę.

Chodzi mi bardziej o to, że z perspektywy dłuższego czasu, okazuje się, że te sytuacje często finalnie okazywały się pozytywne, albo uczyły nas do jakiejś kolejnej sytuacji, która mogła być jeszcze gorsza, a dzięki tej wcześniejszej nauczce wyszliśmy z niej bez żadnego szwanku, albo nawet jakby to ująć, wiele zyskaliśmy dzięki temu, że wcześniej taką nauczkę od losu dostaliśmy.

Także im ta perspektywa jest dłuższa, tym w większości przypadków, też nie będę mówił, że w każdym przypadku, ale w większości przypadków, te rzeczy, które wydają nam się tym tak zwanym fakapem, mogą się okazywać po prostu lekcją od życia. Jesteśmy 12 lat w biznesie i Ty i ja, w różnych zupełnie biznesach, ale już na początku rozmowy ustaliliśmy, że to nie jest możliwe, żeby ktoś 12 lat działał w biznesie i nie miał na swoim koncie żadnej wpadki.

Jestem pewien, że przez następne 12 lat, jeszcze niejedna mi się przydarzy. Jestem mądrzejszy o te błędy, które popełniłem przez poprzednie 12 lat i o sytuacje, z którymi się zetknąłem wtedy, ale to, co przyniesie przyszłość, tak jak mówiliśmy, nikt nie przewidział tego, jak świat będzie wyglądał dzisiaj.

I nie przewidzi tego, jak będzie wyglądał za pół roku. Jak już się okazuje, te pół roku potrafi naprawdę wszystko wywrócić do góry nogami. Ale życie, wszystko toczy się dalej. Czasami ten lockdown pokazał komuś, że jego biznes stał na glinianych nogach.

Słuchaj, powoli zbliżamy się do końca nagrania. Zresztą mówiłem, jest piątek po południu, nie chcę Cię tutaj trzymać do późnych godzin nocnych. Chciałem się zapytać o taką jedną, najważniejszą lekcję, z którą chciałbyś zostawić słuchaczy. Jeśli idzie o podejście do fakapów, czy fakapy same w sobie.

Jedna najważniejsza lekcja? Wydaje mi się, że to jest to, żeby zawsze starać się popatrzeć na to, co się stało tak niejako z boku. Poszukać takiej perspektywy zewnętrznej i nie podejmować jakichś takich nerwowych ruchów, tak bym to określił.

Nie mówię, że nie działać spontanicznie, kiedy rzeczy się dzieją, ale kiedyś usłyszałem to na jednej z konferencji, że jak zaczyna się w Twojej firmie pożar, to jakby najtrudniejszą decyzją jest to, czy Ty powinieneś rzucić wszystkie siły na to, żeby go gasić, czy może strzelić tymi drzwiami, za którymi ten pożar jest i dać się wszystkiemu sfajczyć, a robić wszystkie inne rzeczy, które są do robienia, bo ta jedna jest już nie do odratowania.

Tak naprawdę będziesz tracił swój czas i energię, żeby bezproduktywnie próbować ją naprawić, bo tego naprawić się już nie da. Takie spojrzenie na rzecz z dystansu, z zewnątrz.

Na zimno.

Na zimno, co jest czasami mega trudne, wydaje mi się być chyba taką największą radą, którą mógłbym ośmielić się komuś dać.

Super, dzięki. Powiem Ci, że chyba bym o tym nie pomyślał. Szczerze mówiąc, jestem człowiekiem, który jest nastawiony na gaszenie pożarów. Mnie to wręcz nakręca. Czuje się spełniony, jeśli mam pożary, które mogę gasić. 

A to podejście, żeby czasami podejść i trzasnąć drzwiami, dać się sfajczyć temu, co jest z tyłu i iść do przodu, to jest chyba to podejście, którego na pewno u mnie brakuje, ale podejrzewam, że nie tylko u mnie.

To nie jest moja myśl, ja to usłyszałem, ale zapadło mi to w pamięć.  W tym momencie nie odtworzę, kto był jej autorem, natomiast wydaje mi się to ważne. A dlatego wydaje mi się to ważne, bo też jestem taką osobą i stąd dało mi to do myślenia.

Super. W takim razie dzięki ogromne za rozmowę i przepraszam Cię za wszystkie fakapy, które przydarzyły się w trakcie nagrania tego odcinka. Kilka ich było.

Myślę, że kompletnie nic się nie dzieje.

Za oknem cały czas jeździ mi traktorek, bo sąsiad akurat postanowił kosić. Dokładnie na wysokości pokoju, w którym nagrywam, także zobaczymy czy cokolwiek z tego będzie słychać na nagraniu.

Mogę powiedzieć, że u mnie nie słychać w ogóle żadnego traktorka, czego życzę też słuchaczom.

Dzięki! Ogromne dzięki za rozmowę i za to, że znalazłeś dla mnie czas. Super, że pojawiłeś się w podcaście, że powiedziałeś o fakapach od tej strony prawniczej, sprzed solopreneur, jak już ustaliliśmy wcześniej. Naprawdę ogromne dzięki.

W tym momencie kilkuosobowej kancelarii więc też przedsiębiorcy. Ta myśl o tych pożarach, trzaśnięciu drzwiami, to jest dopiero od poziomu firmy kilkuosobowej w mojej głowie. Bardzo Ci dziękuję za rozmowę. Pozdrawiam twoich słuchaczy.

Dobra, dzięki, do usłyszenia!

Do usłyszenia!

Dzięki wielkie za wysłuchanie odcinka. Na sam koniec mam do Was jeszcze małą prośbę. Niezależnie od tego, czy słuchacie odcinka przez iTunes, Spotify, YouTube, czy jakiekolwiek inny serwis, oceniajcie, subskrybujcie i komentujcie. Dzięki temu będę wiedział jak robić ten podcast jeszcze lepiej.

Do usłyszenia w następnym odcinku.

Cześć!