#1 – O fakapach w prowadzeniu firmy szkoleniowej | Grażyna Młynarczyk



SŁUCHAJ GDZIE CHCESZ!


W pierwszym odcinku podcastu “Fakapy” rozmawiam z Grażyną Młynarczyk – kobietą, która jest odpowiedzialna za obecność marki Dale Carnegie w naszym kraju.

Grażyna jest twórczynią, Certyfikowaną Trenerą i, przede wszystkim, Dyrektor Zarządzającą Dale Carnegie of Poland – oddziału globalnej firmy szkoleniowej skupiającej się na rozwijaniu ludzi biznesu. W ramach swojego portfolio posiadają szkolenia dotyczące przywództwa, umiejętności interpersonalnych, sprzedaży, wystąpień publicznych, transformacji organizacji, czy zarządzania zespołami i całymi organizacjami. Na światowym rynku istnieją od ponad 100 lat, a od 2010 są obecni także nad Wisłą, dzięki odrobinie sczęścia, ale przede wszystkim dzięki uporowi i ciężkiej pracy Grażyny i jej zespołu.

W trakcie odcinka dowiecie się:

  • Jak doszło do tego, że marka Dale Carnegie jest obecna w naszym kraju?
  • Jak przedstawiał się rynek firm szkoleniowych 10 lat temu i co się od tamtego czasu zmieniło?
  • Czy warto chodzić na kompromisy by zdobywać klientów?
  • Czy da się w ogóle ogarniać taki biznes samodzielnie i kogo prosić o pomoc?
  • Jak zareagowało Dale Carnegie of Poland w momencie lockdownu i braku prowadzenia szkoleń w trybie online (mimo posiadania takowych w globalnym portfolio)?

Notatki do odcinka:

  • Dale Carnegie: Jak przestać się martwić i zacząć żyć – Ceneo, Amazon
  • Dale Carnegie: Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi – Ceneo, Amazon

Cześć! Nazywam się Marek Wyszyński, a to jest podcast Fakapy. Pokazuję w nim, że z powodzeniem w życiu osobistym czy biznesie bardzo często wiąże się mnóstwo potknięć i niepowodzeń. A najlepsze co możemy zrobić w takich sytuacjach, to wyciągnięcie wniosków i niezałamywanie rąk. 

Mam nadzieję, że dzięki moim gościom i ich historiom uda się Wam uniknąć choć części z nich, a kiedy już przydarzy się Wam fakap, będziecie pamiętali, że to nie koniec świata, a po prostu lekcja. 

Zapraszam Was do wysłuchania pierwszego odcinka podcastu, w którym moim gościem jest Grażyna Młynarczyk. Managing Director Dale Carnegie Polska i osoba odpowiedzialna za obecność tej marki w naszym kraju. 

Dale Carnegie to oprócz słynnego autora, globalna organizacja działająca na rynku szkoleniowym. Ich specjalizacją są szkolenia z zakresu przywództwa, wystąpień publicznych, sprzedaży, umiejętności interpersonalnych czy budowania i transformacji organizacji. 

Od 10 lat są obecni nad Wisłą. W Dzisiejszym odcinku dowiecie się, jak do tego doszło! 

Od Grażyny dowiecie się również, jaka była jej droga od pracy w wielkiej korporacji, przez urządzanie wnętrz do bycia ambasadorem jednej z największych marek szkoleniowych na świecie. 

Porozmawiamy o tym, czy warto zawsze robić wszystko samodzielnie, upierać się przy swoim i czy chodzenie na kompromisy, kiedy klienci mocno naciskają na swoją wizję to dobry pomysł. 

Oczywiście, poruszymy też temat COVID-a i tego, jak dużym fakapem okazało się całkowicie zamykanie się na szkolenia online.

Zapraszam do wysłuchania odcinka!

Cześć, Grażyna!

Cześć, Marku! Witam serdecznie. Tak na początek – czuję się z jednej strony zaszczycona, że jestem pierwszym twoim gościem, z drugiej strony nie wiem, czy ten tytuł dobrze wróży! Jednak myślę, że wielu z nas – albo wszyscy mamy na sumieniu pewne fakapy, także dzięki wielkie i życzę sukcesów i powodzenia w nowej roli! 

Dzięki ogromne za dobre słowa! Postaram się być dzisiaj w miarę delikatny i będziemy o tych fakapach rozmawiać na pewno w bardzo kulturalny sposób. Cieszę się bardzo, że znalazłaś dla mnie czas. 

Chciałem cię na początku poprosić o lekkie przedstawienie się, bo nie wszyscy moi słuchacze mieli okazję zetknąć się i z samą marką, i z tobą. Jeśli mogłabyś pokrótce opowiedzieć, jaka jest twoja historia – bo wiem, że Dale Carnegie nie jest pierwszą rzeczą, jaką zajmowałaś się w życiu. Jak to się więc stało, że postanowiłaś prowadzić firmę szkoleniową i czemu akurat Dale Carnegie? 

Faktycznie, nie tylko Dale Carnegie i jak to często w życiu bywa to była kwestia przypadku. Moja przygoda z tą firmą zaczęła się – właśnie sobie uświadomiłam, że dokładnie 10 lat temu, w czerwcu 2010 roku. Za chwilkę do tego wrócę! 

Byłam, w zasadzie dalej jestem licencjonowanym doradcą podatkowym, ale nie chciałam tym iść. Miałam takie poczucie, że muszę zacząć robić coś zupełnie innego. Miałam wizję, że czas zacząć zajmować się czymś innym, a wtedy miałam – może trochę w związku z budową domu, zawsze mnie fascynowały wnętrza i ich projektowanie – stwierdziłam, że póki nie mam innego pomysłu to zajmę się właśnie tym. 

Czyli to jeszcze nie był Dale? 

Nie i to nie było tak, że odeszła ze stabilnej, dobrej korporacji – nie chcę powiedzieć ciepłej posady, bo nie chodziło tylko o komfort, jednak w pewien sposób były to komfortowe warunki za dość dużą cenę, jeżeli chodzi o życie prywatne. To nie był jeszcze Dale, tylko właśnie projektowanie. Miałam takie marzenie, żeby tworzyć wnętrza, w których ludziom będzie dobrze, gdzie będą się czuli szczęśliwi. Będę pomagać im spełniać swoje marzenia.

I faktycznie, zajmowałam się tym dwa lata! Też z sukcesami, natomiast stwierdziłam, że to jednak nie jest taki biznes, który mi do końca pasuje. Nie chciałam tego rozwijać na bardzo dużą skalę. To było też trudne, kwestia wykonawców – zupełnie inne! Jednak duża lekcja i parę fajnych wnętrz udało mi się zrealizować. 

Pewnego dnia, właśnie mniej więcej na wiosnę – w maju 2010 roku – mój partner dostał list. Miał firmę i dostał list! To był już czas, kiedy listów zbyt wielu się nie wysyłało. 

Mówimy o takim papierowym, prawdziwym liście?

Tak! O takim papierowym, prawdziwym liście. 

Nie wszyscy słuchacze może mieli z takimi styczność! Sam dzisiaj dostałem jeden z Urzędu Skarbowego, ale to chyba nie o takie chodzi. 

Tak, dziś listy kojarzą się tylko z urzędami albo rachunkami za prąd. Wtedy też już tego tak nie było! Mój partner, który takie listy rzucał prosto do kosza, zobaczył pieczątkę Dale Carnegie i jakoś się tym interesował. 

Mówię: „Słuchaj. Dale Carnegie, firma globalna, obecna prawie na całym świecie, a nieobecna w Polsce” – przyznam się szczerze, że wtedy znałam Dale’a Carnegie jako autora książek, ale nie do końca znałam ich jako organizację szkoleniową. Wtedy faktycznie był taki moment, gdzie Dale Carnegie bardzo chciał znaleźć partnera w Polsce, firmę, która mogłaby tutaj rozwijać szkolenia, rozwijać tę markę. 

Zaintrygowało nas to. Faktycznie od jakiegoś czasu rozmawialiśmy, że może fajnie byłoby zająć się rozwojem, szkoleniami, wykorzystać doświadczenia z consultingu. Szkolenia to też jest swojego rodzaju doradztwo! Doradztwo, w jaki sposób lepiej wykorzystywać swój potencjał, doradztwa i narzędzia. 

Faktycznie wtedy sprawy potoczyły się bardzo szybko. Mieliśmy jedno, drugie spotkanie w Warszawie, gdzie okazało się, że ten list to był – jak to czasami mówię, „Akt desperacji” Dale’a, żeby dotrzeć do maksymalnej ilości firm, która gdzieś w KRS-sie miała w zakresie swojej działalności zapisane szkolenia. A nasza firma wówczas przypadkowo coś takiego miała. 

Po drugim spotkaniu w Warszawie jeszcze z wiceprezesem Dale’a Carnegie, odpowiedzialnym za rozwój globalny – jedno spotkanie było w czerwcu, drugie na początku lipca – bardzo szybko dostaliśmy informację, że jesteśmy zaproszeni do siedziby Dale Carnegie w Nowym Jorku na zaprezentowanie biznesplanu. 

Zaczęły się wakacje, mieliśmy mnóstwo planów wakacyjnych, moje dzieci miały wtedy roczek, także maluchy – a tutaj jeszcze trzeba przygotować biznesplan! Nie tylko po to, żeby się dobrze zaprezentować – tą sprawą od początku się zajmowałam – ale przede wszystkim odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ja chcę w to wchodzić? Rynek szkoleniowy to nie była wówczas branża, którą dobrze znałam, więc w bardzo krótkim czasie zorganizowałam dziesiątki spotkań z osobami mającymi cokolwiek wspólnego z tą branżą, żeby poznać rynek. Przewertowałam wszystko, co się dało, żeby zobaczyć, w jaki w ogóle sposób zbudować ten plan. Traktowałam to głównie jako plan dla mnie – czy ja chcę w to wchodzić i z czym to się wiąże, z czym to się je. Drugorzędne było, żeby to zaprezentować w Stanach. 

Od początku miałam takie podejście – z resztą, jak często w życiu, że nie lubię robić rzeczy na siłę i uważam, że jeżeli – oczywiście, nie oznacza to nie wkładać wysiłku w to, co robię, tylko w takiej sytuacji, gdy pojawiła się pewna możliwość, zaczęłam odkrywać tę organizację, co robią. Podobało mi się to, ale z drugiej strony nie chciałam sobie narzucić czegoś takiego, że za wszelką cenę muszę to mieć. 

Tak trochę myślałam i często tak myślę, że robię co w mojej mocy, żeby to jak najlepiej poznać, jak najlepiej przygotować, a jednocześnie pewną przestrzeń ostawiam losowi. Tak myślałam sobie jadąc do Nowego Jorku – że jeżeli to jest dla mnie, to dostanę to, podpiszemy umowę. 

To się uda?

To się uda. A jeżeli nie jest dla mnie, nie będę przeżywać i żałować, jeśli to się nie uda i zupełnie intuicyjnie stosowałam zasady Dale’a Carnegiego, które później poznałam dogłębnie. Pamiętam też ciekawy incydent z tego czasu, gdy przygotowywałam biznesplan, ponieważ na te krótkie trzy tygodnie miałam zaplanowany wyjazd do mojej przyjaciółki, do Londynu. Mówię: „No nie, muszę jechać! Muszę się wyrwać! Mam trzy dni bez dzieci, chcę pojechać do tego Londynu!”. I faktycznie pojechałam! Pamiętam do dziś bardzo dobrze taką sytuację. W lipcu, gorąco w Londynie, siedzę sobie w metrze a obok mnie dziewczyna. Czytała po rosyjsku książkę „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi?”. Czyli ta najbardziej rozpoznawana! Mówię: „O, to jest dobry znak! Po powrocie mocno zabieram się do biznesplanu i działamy!”. 

I faktycznie – wyjechaliśmy. 28-ego prezentacja przed całym executive teamem, jeszcze z członkami rodziny, którzy oczywiście ciągle są właścicielami organizacji. Prezentacja biznesplanów, przepytywanie, przesłuchiwanie, bo jednak Polska jest dużym rynkiem i Dale Carnegie widział ten potencjał w Polsce i wybór partnera był bardzo ważny. 

Kilkugodzinne spotkanie, po zakończeniu poproszono nas, żebyśmy jeszcze chwilkę zostali i dosłownie w ciągu 10 minut wraca CEO z listem intencyjnym i informacją, że zapraszają nas do współpracy. Także super dzień, super świętowanie! Musieliśmy pilnie wracać do Warszawy, ponieważ zaraz wyjeżdżałam na planowane wcześniej wakacje i umowę z Dale’em Carnegie podpisywałam na Costa Brava, będąc w Hiszpanii! Tam przysłali mi kontrakt, który miał – wiecie, jak wyglądają amerykańskie kontrakty – chyba z 300 stron! 

Książka!

Tak, książka! Miałam lekturę do studiowania na wakacjach. Musiałam mieć świadka, przy którym to podpisywałam. Była to moja opiekunka do dzieci! Podpisaliśmy kontrakt i się zaczęło. 

Kontrakt w sierpniu 2010 i od stycznia 2011 zaczęliśmy działać operacyjnie w Polsce.

Czyli odrobina przypadku, list znaleziony w skrzynce – omen w londyńskim metrze, po rosyjsku, 10 lat ciężkiej pracy i oto jesteśmy! Tak? Tak można w skrócie podsumować twoją przygodę z Dale’em? 

Tak! Pierwsze 10 lat przygody!

Pierwsze 10 lat, oczywiście. Zdecydowałaś się wejść we współpracę z tak ogromną firmą i brandem, jakim jest dale Carnegie. Domyślam się, że to samo w sobie musiało być trochę przytłaczającym doświadczeniem – rozwijanie czegoś tak wielkiego na naszym rynku! 

Chciałbym cię zapytać, bo nasz podcast jest w końcu o porażkach. Do tej pory mówimy o samych sukcesach. Chciałem zapytać o dwie rzeczy. 

Na samym początku: jakie jest twoje podejście do porażek i popełniania błędów? Sam się na początku bardzo mocno frustruję! Nie potrafię porażki traktować od razu jako nauczki, natomiast pierwsze co u mnie bierze górę to emocje. Powiedz mi, jak to wygląda u ciebie? Bo domyślam się, że przez wszystkie lata kariery i 10 lat prowadzenia Dale’a z jedno czy dwa potknięcia się trafiły! 

Oczywiście! Myślę, że w moim słowniku nie ma słowa porażka. Są rzeczy, które mogłyby być zrobione inaczej, inaczej podjęte decyzje, pewne rzeczy mogłyby być zrobione lepiej, szybciej. Móżmy je nazywać fakapami, niepowodzeniami. Nie lubię nazywać ich porażkami – nie nazywam ich tak, bo myślę, że to słowo samo w sobie… Fakap lepiej brzmi! Ma w sobie coś takiego zadziornego. A porażka – od razu czuję na plecach ciężar, gdy wymawiam to słowo. 

To dobre podejście!

Jest czymś innym niż popełniane błędy. Jakie jest moje podejście? Myślę, że zostawiam sobie i wszystkim wkoło prawo do popełniania błędów. Jeden raz tego samego błędu. Nie ma we mnie przyzwolenia – i wtedy by to była porażka, gdybym dwa razy popełniła ten sam błąd. To, że popełniamy błędy czasami nie do końca tak, jak powinny być zrobione czy podejmujemy decyzje w oparciu o za mało informacji, to są po prostu błędy i gdzieś mam na to pozwolenie, bo wiem, że inaczej nie ruszymy do przodu. Bo gdybym bała się porażki i błędu, to w życiu bym nie podpisała tej umowy z Dale Carnegie w sierpniu 2010, w Hiszpanii. Bo bym się tego bała! To było przedsięwzięcie. 

Obca dla mnie branża, mało doświadczeń, musiałam szybko stworzyć zespół, także, gdybym bała się porażki, to bym tego nie zrobiła. A myślałam, że co najgorszego może się stać? 

Kolejna z zasad Dale’a Carnegiego i jak przeczytałam to mniej więcej w tamtym czasie, to moje podejście do błędów, porażek zupełnie się zmieniło. Zadaję sobie pytanie, jak coś się dzieje nie tak, jak przegramy projekt – zadaję sobie pytanie: „Co najgorszego może się stać?”. Racjonalizuję to wszystko i nie pozwalam emocjom we mnie zdominować. Co najgorszego może się stać? Staram się to w pewnym sensie zaakceptować, ale nie tak, że zgodzę się i macham ręką, tylko staram się jak najlepiej wyjść z danej sytuacji. To jest jedna rzecz. 

Druga rzecz – to, o czym powiedziałeś. Wyciąganie wniosków. Co następnym razem mogę zrobić inaczej, lepiej? Dlaczego doszło do tego błędu? Jak uniknąć tego w przyszłości? Po trzecie, bardzo ważne – nierozpamiętywanie. Okej, wyciągam wnioski, wychodzę o to silniejsza, o nowe doświadczenie, ale nie cierpię wracania „A co by było, gdyby?”. 

Oczywiscie, jak założyłam Dale’a, to naprawdę sporo czasu zajęło, zanim to wszystko zaczęło hulać i zanim poczułam bezpieczeństwo i stabilizację finansową, czyli wychodzę z organizacji, gdzie zarabiam kupę pieniędzy, a wchodzę gdzieś, gdzie muszę nie tylko zainwestować dużo, ale też zaakceptować, że przez pewien czas nie będę zarabiać albo będę, tylko dużo mniej. 

W takich momentach łatwo powiedzieć: „Kurczę, mogłam zostać, co by było, gdyby?”. Zawsze uważam, że jak podejmę decyzję to działam zgodnie z tą decyzją i nie roztrząsając, co by było, gdyby. Bo to nic nie zmieni. Nie zmienię tej decyzji, nie cofnę się o miesiąc, dwa, lata wstecz – i nie skupiam się na swoim obecnym celu. Tylko tracę swoją energię, swój czas na to, żeby myśleć co było, a nie na tym, co będzie i nie na tym, co chcę osiągnąć. 

Poza tym – daję sobie prawo, ale nie lubię popełniać błędów! To są też takie sprzeczności, z którymi nauczyłam się sobie radzić, bo zawsze byłam typem trochę perfekcjonistki, że wszystko musi być najlepiej i to jest jedna z takich rzeczy, którą wbrew pozorom przyczyniła się do błędu. Takie poczucie, że ja wszystko zrobię najlepiej, szczególnie w pierwszym okresie funkcjonowania firmy skutkowało tym, że byłam zawalona robotą. Za mało angażowałam zespół w pewne rzeczy. Nigdy nie lubiłam prosić o pomoc, bo to by była dla mnie oznaka słabości, a dziś przychodzi mi to dużo łatwiej i daje dużo większą przestrzeń dla innych. To nie jest tak, że pewne rzeczy sobie odpuszczam, tylko bardziej skupiam się na tym, co faktycznie jest ważne i przybliża mnie do celu. 

Czyli pewne nauczki już wyciągnięte, tak?

Tak! 

Powiedz mi: w tym momencie, jeśli chcesz założyć biznes. Czy szkoleniowy, czy jakikolwiek inny – wystarczy wejść w internet, na YouTube, Google i można znaleźć całą masę wiedzy na ten temat. Można też znaleźć całe mnóstwo ludzi, którzy prowadzą takie biznesy, popełnili trochę tych błędów, mieli trochę tych fakapów i nawet się nimi dzielą. Czy w formie filmy czy podcastu jak ten, czy artykułów na blogu. 

Jak to wyglądało te 10 lat temu? Czy ty miałaś w swoim otoczeniu osobę, która była w stanie ci powiedzieć, żebyś nie próbowała robić wszystkiego sama, bo nie podołasz? Pamiętaj, że masz zespół? Czy musiałaś się tego wszystkiego uczyć na własnej skórze?

Nie bardzo miałam taką osobę i takim [przełomowym dla mnie momentem był ten, kiedy uświadomiłam sobie, że potrzebuję takiej osoby, która będzie moim mentorem – dosłownie. Na początku błędem, fakapem było to, że miałam niepotrzebne, błędne poczucie, że podejmę najlepszą decyzję, ale też jestem odpowiedzialna za odejmowanie ich wszystkich. 

Dziś dużo bardziej czerpię z doświadczeń, umiejętności, kompetencji ludzi, którymi jestem otoczona. To był wtedy mój problem, że ja to muszę zrobić, ja za to odpowiadam. Wtedy nie było takiej dostępności – 10 lat, jak wiemy, tylko ci się zmieniło! Nie wiem, czy wtedy już był YouTube, może tak, ale pewnie nie tak powszechnie wykorzystywany. 

Nie wiem, czy nie Google Video to się wtedy nazywało! 

Tak, nawet właśnie nie wiem! I faktycznie, nawet jak robiłam badanie rynku dla potrzeb mojego biznesplanu, to faktycznie ilość informacji w Internecie była mocno ograniczona. Poza tym to poczucie – moja ambicja, że okej, założyłam firmę, to ta firma musi odnieść sukces! Przecież nie ma innej opcji i naprawdę czułam ten ciężar. 

Stąd właśnie takie poczucie, że musiałam wszystko zrobić. Musiałam ciągle być, mieć nad wszystkim kontrolę. Jestem taką osobą, wiem o tym, mam tego świadomość – osobą lubiącą mieć pewne rzeczy pod kontrolą, także niestety wtedy nie korzystałam, ale po chyba 6 latach pomyślałam, że przydałby mi się ktoś z zewnątrz. Nawet nie ode mnie, kto pomógłby mi nie tyle doradzić w podejmowaniu decyzji, prowadzeniu, ale pomógł mi spojrzeć z boku na pewne rzeczy. 

Jestem zawsze bardzo zaangażowana w to, co robię i od samego początku zaangażowana byłam i w sprzedaż, realizację projektów, umacnianie marki w Polsce, zdobywanie klientów i tak czasami może łatwo zgubić dystans i popatrzeć z boku czy to, co robimy to ma sens? Czy może nie miałam czasu na to, żeby się zatrzymać i zastanowić nad pewnymi rzeczami? Teraz podchodzę do tego inaczej. 

Wtedy też tak było. Jest taka Fundacja Liderek Biznesu przy EY. Dziewczyny, które znam, które mi proponowały – „Słuchaj, Grażyna – prowadzisz firmę. To może zostaniesz mentorem?”. Miałam wtedy taką refleksję – a czy ja mogę dostać mentora? Bo mam taki moment w mojej, nazwijmy to karierze, że wolałbym zostać mentee, niż mentorem. I faktycznie to mi bardzo pomogło. 

Czasami rozmowa z kimś zupełnie z zewnątrz, kto zada odpowiednie pytanie, podzieli się doświadczeniem, pomoże poustawiać pewne rzeczy, to taka kilkumiesięczna praca, kilka spotkań dosłownie faktycznie bardzo mi pomogły i też Dale, jako organizacja w Polsce – podjęłam wtedy dużo decyzji. To był moment w firmie, że ja chcę rosnąć, rozwijać się. Jednak żeby rosnąć, to znowu musiałam dużo zainwestować w rozwój, w zaangażowanie nowych trenerów, rozwój trenerów i zastanawiałam się, czy to robić czy nie. 

Chcieliśmy jednak rosnąć! Podjęłam te decyzje i jak czas pokazuje – bardzo słuszne! Także warto prosić o pomoc, warto czerpać z doświadczeń innych.

Myślę, że osobom z zewnątrz łatwiej jest przekazać trudne informacje. Jak rozmawiamy o fakapach, to jedną z moich porażek – pewnych rzeczy nie dostrzegałam. Na przykład w jaki sposób ja jako lider w organizacji, jak pewne moje zachowania były dobierane przez ludzi. W ramach procesu mój mentor rozmawiał ze wszystkimi osobami, które ze mną współpracują i uświadomiłam sobie, jak pewne rzeczy są odbierane przez innych. 

Oczywiście, nie tak, jakie miałam intencje, ale są odbierane! I temu nie możemy zaprzeczyć. Taka pułapka, w którą wpadłam – wiem nawet teraz, jak się nazywa. Tak zwany mind reading, czyli zakładanie, że wiem, co wiedzą inni i że inni wiedzą, co ja wiem, co ja myślę. 

I w taką pułapkę wpadłam i usłyszenie tego od kogoś z zewnątrz, absolutnie obiektywnie była z jednej strony mocną lekcją, kubłem na głowę, z drugiej strony – zwiększenie samoświadomości i niesamowita pomoc, żeby to skorygować. I efekty też niesamowite! 

To super, bo mam wrażenie, że dzięki temu mamy okazję dzisiaj rozmawiam i sam miałem okazję skorzystać z waszych szkoleń i wiem, jak dużą wartość dostarczają. Może jest to w tym momencie kryptoreklama, ale zdecydowanie polecam! 

Powiedziałaś już dużo o tym, czego się nauczyłaś, jeśli idzie o prowadzenie biznesu w ogóle. Że warto korzystać z pomocy innych, warto było się zgłosić do mentora z prośbą o pomoc, warto było korzystać z zespołu, który miałaś u siebie w firmie i współpracować z nimi. 

Chciałem jeszcze zapytać: gdybyś miała wskazać największy fakap czy największą nauczkę, jeśli idzie o prowadzenie biznesu konkretnie z tej branży. To jest bardzo popularna branża w tym momencie i firm szkoleniowych jest całe mnóstwo. Bardzo dużo ludzi, którzy mają odpowiednie doświadczenie merytoryczne próbuje swoich sił w szkoleniach. 

Wiadomo, że teraz to jest też zupełnie inny rynek niż był pewnie 10 lat temu. Konkurencja jest ogromna, ale gdybyś mogła powiedzieć, jaka była twoja największa nauczka, jeśli idzie o prowadzenie biznesu – konkretnie w tej branży, konkretnie w szkoleniach. 

Czy coś takiego ci zapadło w pamięć? 

Był taki moment, że każdy projekt, który nie był maksymalnie oceniony przez uczestników, klienta to nie była może porażka, ale – następnym razem musi być lepiej. W przeszłości zdarzyło mi się, może w sumie 3 razy i powiedziałam, że więcej tego nie zrobimy. 

Ulec presji w danym momencie, presji ze strony klienta i stworzyć, zrealizować program, co do którego sami nie mieliśmy przekonania. I który nie miał w sobie elementów związanych z naszą metodyką, naszym know-how, tylko trochę za mocno się nagiąć. „Okej, zrobimy coś, bo klient chce, chociaż my co do tego nie mamy przekonania” i to się nie udało. 

Zrobiłam to raz, drugi, trzeci, powiedziałam: więcej nie! My musimy mieć – i myślę, że w wielu przypadkach w tym biznesie się to sprawdzi, żeby nie ulegać presji klienta projektu w danym momencie, bo strzelamy sobie w kolano. 

Okej, zrealizujemy jeden projekt, ale klient do nas nie wróci, bo to nie będzie projekt takiej jakości, jak my byśmy chcieli. Nie ulegać presji. Nie godzić się na brak dostępu do informacji. To też jest lekcja! 

Jak sobie kiedyś analizowałam, które projekty poszły nam gorzej albo nam nie poszły, to właśnie albo to, że się nagięliśmy i zrobiliśmy coś, do czego nie mieliśmy przekonania, albo zgodziliśmy się na brak dostępu do informacji. My pracujemy z ludźmi i opracowujemy nasze programy w oparciu o jakieś zdefiniowane potrzeby, w oparciu o zdefiniowaną sytuację obecną i pracujemy z ludźmi, czyli z bardzo delikatnym materiałem, jakby nie patrzeć! Rozmawiamy o rozwoju umiejętności też ważnych indywidualnie dla każdego uczestnika. 

Jeżeli nie mamy dostępu do informacji, jeżeli dzisiaj klient życzy sobie od nas ofertę, program na coś dużego, a jednocześnie nie ma czasu na to, żeby z nami porozmawiać, spotkać się czy skontaktować online, to już dzisiaj potrafię powiedzieć, że w takim razie nie przygotujemy oferty. 

Kiedyś tego nie potrafiłam, nie chciałam stracić żadnej możliwości. Dzisiaj cieszę się, że mam ten komfort, że takim sytuacjom mówię nie. Bo jeżeli chcemy zrealizować program, który będzie sukcesem dla uczestników, dla was jako dla firmy, to my musimy współpracować.

Cieszę się, że mam ten komfort, że czasami potrafię powiedzieć „nie” w takich sytuacjach. Z jednej strony dlatego, że nie jestem w stanie dobrze przygotować rozwiązania, jak nie mam dostępu do informacji, a po drugie uważam, że nie powinno się tak traktować partnerów, dostawców na takiej zasadzie, że wysyłamy, nie mamy dostępu, nie odpowiadamy później na maile, na telefony. Też wyciągnęłam wnioski, że po prostu nie musimy pracować z wszystkimi firmami. I tak nie będziemy pracować z wszystkimi firmami! 

Szukamy relacji partnerskich, szukamy relacji długoterminowych. Myślę, że dla tych, co chcieliby zakładać firmy szkoleniowe, bardzo ważne jest to poczucie, że budujemy, dajemy wartość, bo to pozwala nam czasami powiedzieć „nie”, czasami się sprzeciwić, a myślę, że rynek szkoleniowy w Polsce jest rynkiem bardzo rozdrobnionym. 

Są większe firmy, mnóstwo małych, jednoosobowych firm. Rozumiem walkę o każdy projekt, ale z drugiej strony cieszę się, że ja już tak nie muszę i mogę mówić „nie”. 

Rozumiem. Czyli można podsumować to w ten sposób: żeby mimo wszystko albo nawet jeśli jest ciężej nie iść na kompromisy, jeśli idzie o jakość dostarczanej wartości do klientów, bo to prędzej czy później odbije się negatywnie na biznesie. 

Absolutnie. Chociażby teraz sytuacja z COVID-em. Oczywiście 100% naszych szkoleń realizowanych do 12 marca to były szkolenia face to face, na sali szkoleniowej w grupie i z dnia na dzień – bum, kulturalnie się odzywając. Wszystkie projekty zostały odwołane i reakcja też i trenerów z różnych firm i firm była taka „No to przechodzimy online”. My również. Jednak my nie przeszliśmy z dnia na dzień. 

Nie zrobiliśmy tak: „Okej, to szkolenie mieliśmy zrealizować na sali, to teraz spędzimy 8 godzin przed ekranem i zrobimy to samo”. Nie. Szczęśliwie, jako Dale Carnegie globalnie od ponad 10 lat realizujemy szkolenia online i mamy dostosowane do tego programy, ale wiedziałam, że nie wyślę trenera do klienta, żeby poprowadził program online, dopóki nie będzie certyfikowanym trenerem. Dopóki nie poprowadzi, my to nazywamy „tandemów”, takich próbnych szkoleń. Wtedy może iść do klienta, bo to jest ta jakość. 

I oczywiście, że to wymagało dużo pracy, czasy i przez prawie 6 tygodni uczyliśmy się nowych, dopiero mogliśmy wyjść do klientów, no ale myślę, że odbija się to na jakości. Myślę, że w ogóle dzisiaj ta jakość – jak ja zaczynałam na szkoleniach, to była presja ceny. Wtedy zdecydowanie dominująca była presja ceny. 

Miliony z funduszów unijnych na działania szkoleniowe. Często decydującym czynnikiem była cena. Dzisiaj to się zmienia – w dalszym ciągu oczywiście cena jest ważna, ale gdzieś ta świadomość, że co z tego, że kupię takie szkolenie? Jak sobie pomyślimy ile kosztuje 8,16 czy 40 godzin pracy grupy liderów dobrej organizacji, to sam koszt szkolenia naprawdę robi się drugorzędny. 

I ta jakość, ten impakt, który możemy zrobić jest jednak coraz bardziej brany pod uwagę. Lepiej robić mniej, ale lepszych niż po prostu robić, żeby robić. 

No tak. Wspomniałaś przed chwilą o COVID-zie i o tej sytuacji, która w tej chwili panuje na świecie. Moje doświadczenie jest takie, że chyba żadna z firm, z którą miałem do czynienia w tym czasie nie była przygotowana. 

Tworzy się plany zarządzania ryzykiem, tworzy się scenariusze kryzysowe, ale chyba żadna z firm nie miała globalnej pandemii w swoich możliwych scenariuszach! I to przez wiele osób mogło być odbierane jako jakiś fakap. 

Reakcja musiała być praktycznie z dnia na dzień. Tak jak mówisz – wy zareagowaliście i przeszliście na model szkoleń online, ale powiedz mi – jaka płynie z tego nauczka? Czy to jest tak, że wy teraz wiecie, że jesteście w stanie robić to i to, i to z wami zostanie na zawsze, takie podejście? Czy wyciągnęliście może jeszcze inne wnioski, że jednak wolicie robić to face to face i wtedy ta wartość dla uczestników jest zawsze większa niż w przypadku wirtualnych klas, wirtualnych szkoleń? 

Jak tak o tym mówiłeś, to kolejny fakap mi się skojarzył. Uświadomiłam sobie, że przecież mogliśmy się tym zająć wcześniej, mogliśmy pomyśleć o tym wcześniej i nie potrzebowalibyśmy tych X tygodni na przygotowanie, tylko mogłam być przygotowana na to, że te szkolenia online powinny być w naszym portfolio i powinniśmy z dnia na dzień zacząć je prowadzić. Także to może rzeczywiście taka lekcja, żeby mieć zdywersyfikowany flow.

Portfolio. 

Portfolio, ale powiązane też z wpływami. Takim cash flow, że okej – jak nie będziemy mogli robić tego, to będziemy robić to. Jak tutaj będzie gorzej, to będziemy robić to. Taka dywersyfikacja. 

Jednak się tym nie zajęliśmy i faktycznie kolejna rzecz, taka pułapka – niedopuszczanie do głowy czarnych scenariuszy! Nie wiem dlaczego, tak sobie teraz myślę, że pamiętam – mieliśmy 28 lutego bardzo duży, międzynarodowy event. Mieliśmy gości z zagranicy. 28 lutego i przyjechała nasza vice president, która jest odpowiedzialna za EMEA i za APEC, czyli Australia, Pacyfik i Azja. Opowiadała co się w Chinach dzieje – bo w Chinach wtedy ta pandemia była mocno zaawansowana. 

Sama z resztą zrezygnowałam z wyjazdu na ferie do Azji ze względu na koronawirusa. Jednak to ciągle tak brzmiało – pamiętam, jak nam mówili: „Słuchajcie, to jest niesamowite, bo w Chinach z tygodnia na tydzień się przestawili, że dzieci w szkołach mają lekcje online”, ale właśnie mówi, że nie ma żadnych szkoleń. 

Myślałam sobie wtedy: „Boże, żadnych szkoleń! Co by to było, gdyby mi nagle wszyscy klienci odwołali szkolenia!”. To było tak nierealne, a dosłownie, dokładnie za 2 tygodnie to się stało naszą rzeczywistością. Za niecałe dwa tygodnie, bo chyba 10 marca ogłoszono, że zamykają szkoły i odwołano wszystko. 

Faktycznie, myślę, że to taki fakap wielu organizacji, że nie dopuszczaliśmy tego do myśli. Jednak z drugiej strony, patrząc na to, jak wiele firm, naszych klientów zareagowało, no to da się! I może po prostu nie możemy być przygotowani na każdy scenariusz – mieć go zdefiniowanego, co się wydarzy. Ale to, co możemy mieć, to ludzi, liderów, którzy będą elastyczni, odporni, będą w stanie się przestawić z dnia na dzień na inne okoliczności. 

Myślę, że scenariuszy wszystkich nie napiszemy, ale też wiele dobrego się o sobie dowiedzieliśmy, że byliśmy w stanie szybko zareagować, dostosować się. I mało tego – ja dzisiaj szkolenia online postrzegam – bo przed się nie zajmowałam – dlaczego? Po pierwsze, nie było takiej potrzeby. 

No tak. 

Mieliśmy świetnie idące szkolenia face to face. To po pierwsze, ale po drugie, chyba nawet ważniejsze – ja nie wierzyłam, że one są skuteczne! Chociaż – następny, nazwijmy to fakap – chociaż nigdy w życiu nie wzięłam w takowym udziału! Jednak wydawało mi się, że to przecież niemożliwe, żeby osiągnąć ten sam, wspaniały efekt, który osiągamy na sali szkoleniowej w rzeczywistości wirtualnej. 

Bo ja nie wiedziałam, co to są szkolenia online. Przyznaję się do tego, bo szkolenia online kojarzyły mi się z webinarami, e-learningiem, czyli z takimi bardzo jednostronnymi komunikacyjnie wydarzeniami. A tymczasem, jeżeli popatrzeć na efekt, transformację, postęp zachowań u ludzi, jaki chcemy osiągnąć, to jest absolutnie porównywalny rezultat – nie trochę gorszy czy nie trochę lepszy, tylko to jest ten sam impakt, który możemy osiągnąć wirtualnie, jak i na sali szkoleniowej, przy określonych programach. 

Są programy, których nie robimy online i jeden z programów, który znasz – High Impact Presentations, tego nie przenieśliśmy na online. 

Wiadomo! To byłoby ciężko zrobić w formie online. 

Resztę robimy. Nie patrzę wstecz, że biznes stanął na 6 tygodni, tylko patrzę, że mamy wspaniały produkt, który wiem, że jest unikatowy na rynku, także nowe możliwości. A ciężko było, ciężko jest? No oczywiście, że tak! Także też nie ma co, tak naprawdę – kwestia uciekania od problemów, teraz z resztą biorę udział w takim bardzo ciekawym kursie organizowanym przez Uniwersytet Pensylwania o budowanie resilience, takiej odporności. 

Między innymi jest o optymizmie, ja jestem taką trochę urodzoną optymistką, ale mówiąc o tym uświadomiłam sobie, że często optymizm czy pozytywne myślenie nam się kojarzy, że to są ludzie, którzy machają na wszystko ręką, mówią: „A, jakoś to będzie!”. Wcale nie! Pozytywne nastawienie, optymiści częściej niż osoby mniej optymistyczne potrafią zidentyfikować problem i się z nim zmierzyć. Zidentyfikować go twarzą w twarz. Traktują problemy jako wyzwania, a nie zagrożenia. 

Tak samo, jak mówimy, że fakapy traktujemy jako lekcje, super, a nie porażki. Coś takiego w efekcie pozytywnego, a nie przygnębiającego. 

Mam do ciebie takie pytanie – będziemy powoli zbliżali się pewnie do końca odcinka. Gdybyś mogła mi powiedzieć jak to wygląda w waszej organizacji? Jak Dale Carnegie podchodzi do fakapów, popełniania błędów? Czy wy macie coś na ten temat w swoim portfolio? Czy to jest coś, o czym może warto pomyśleć? 

Jak Dale, jako globalna organizacja w ogóle podchodzi do samej idei tego, że można się potknąć, może coś nie wyjść? 

Jak najbardziej. My jako Dale Carnegie czerpiemy dużo z tego, co stworzył Dale Carnegie jako autor, mówca, osoba prowadząca kursy. On tak naprawdę pierwszy stworzył takie kursy nastawione na rozwój personalny!

My podchodzimy na co najmniej dwa sposoby. Po pierwsze, jest kwestia podejścia do błędów, problemów. To, co zawsze mówimy, że nie jesteśmy w stanie wyeliminować błędów i porażek. 

Mało tego, my je musimy popełniać, bo inaczej nie będziemy się rozwijać! Teraz dużo mówimy o agility. Agility ma w sobie wpisane to, że popełniamy błędy. Próbujemy, testujemy, inaczej nigdy byśmy nie podjęli decyzji, dopóki byśmy nie mieli takiego poczucia, że nie ma ryzyka popełnienia błędu. A i tak będzie!

W każdą decyzję jest wpisane ryzyko błędu, ryzyko porażki. To, w czym my wspieramy organizacje, to mówimy, że potrzebujemy po pierwsze: jeżeli chcemy być organizacjami innowacyjnymi, sprawnie rozwiązującymi problemy, no to żeby rozwiązać problem, to trzeba się z nim odważnie zmierzyć. Potrzebujemy ludzi, którzy będą to potrafili. Potrzebujemy ludzi, którzy będą odporni, tacy resistent. Którzy będą odważni, do tego, żeby podejmować ryzyko. Będą odważni, żeby popełniać błędy.

Będą pracowali w takim środowisku, gdzie ludzie na tyle sobie ufają, żeby te błędy popełniać. To jest zresztą bardzo ciekawy case. Nie wiem, czy znasz, Marku Projekt Arystoteles Google’a, gdzie szukano – bo Google jest dobrym przypadkiem innowacyjnej organizacji. 

Pomysły, innowacje i oczywiście jest to organizacja stale ucząca się i popełniająca błędy, ucząca się z tych błędów. I Google przez 2 lata analizował co sprawia, że zespoły są efektywne. Zespoły, które często pracują nazwijmy to agile’owo, muszą generować dużo pomysłów. Co sprawia, że jedne zespoły generują więcej lepszych pomysłów? Są bardziej innowacyjne, lepiej ze sobą współpracują? 

Pierwszym, najważniejszym elementem było tzw. psychological safety, czyli poczucie bezpieczeństwa. Czyli, że ja ufam – ufamy sobie nawzajem. Ufamy sobie nawzajem i mamy prawo do tego, żeby popełnić błąd. Także to, co my robimy, to pokazujemy, w jaki sposób liderzy mogą wzmacniać w swoich zespołach, w swoich ludziach to poczucie, że okej – masz prawo popełnić błąd, ale musisz wyciągnąć z tego nauczkę!

Jak sobie poradzić z tą odwagą, pewnością siebie, aby z pewnymi rzeczami się zmierzać? To jest jedna rzecz, którą robimy. Takie wzmacnianie tych cech, których potrzebujemy pracując w środowisku VUCA, a z drugiej strony pokazujemy też konkretne narzędzia. W jaki sposób rozwiązywać problemy? W jaki sposób korygować, jak zarządzamy zespołami i ktoś nie osiąga swoich celów – to też jest swego rodzaju błąd. Gdzieś popełnia błędy – no to, w jaki sposób do tego podchodzić, w jaki sposób to korygować? 

Mocno też czerpiemy z takiego podejścia do rozwiązywania problemów, podejmowania błędów, które Dale Carnegie napisał w swojej książce – ciekawy temat – „Jak przestać się martwić i zacząć żyć?”. Tam jest zestaw gotowych narzędzi do tego, żeby z takimi błędami sobie radzić. 

Myślę, że kluczowe, najważniejsze to jest nasza postawa i nasze podejście. Nasze zmierzenie się. To jest coś, czego dzisiaj bardzo dużo robimy! Wspieramy organizacje w umacnianiu tego resilience, nazwijmy to. A resilience wymaga od nas, żebyśmy mieli takie poczucie pewności siebie, że ja sobie z czymś poradzę, ale też poczucie bezpieczeństwa stworzone przez liderów, managerów, że pracujemy w zespole, gdzie możemy popełniać błędy i wyciągać z tego wnioski. 

I rozumiem, że pracujecie również według takich samych zasad? Tak to wygląda u was w organizacji i tak to wyglądało 10 lat temu, kiedy zaczynałaś? Chciałem zapytać: czy miałaś to przyzwolenie z płynące gdzieś tam z centrali, że coś może nie wyjść. Czy czułaś, że masz ten komfort, że możesz się uczyć? Czy to było bardziej na zasadzie: “Wszystko albo nic”? 

Zawsze jest taki okres, żeby wejść na ten rynek. Sama sobie wtedy na pewno nie dawałam takiego przyzwolenia, że może nie wyjść. I mnie to bardzo dużo kosztowało. 

Muszę przyznać, że dla mnie to było potężne obciążenie, poczucie, że wszystko mam na swojej głowie i nie mogę popełnić błędu. I może to też mnie zamykało na pewien feedback. To nie jest dobre podejście. Dzisiaj mam inne – znacznie zdrowsze i lepiej się z tym czuję. 

I wbrew pozorom, powiedziałabym, że popełniam chyba mniej błędów i nie wynika to tylko z doświadczenia, ale też z tego, że jak daję sobie prawo do popełnienia błędu, to znaczy, że jestem otwartą osobą. Jestem otwarta na opinie innych, łatwiej mi dostrzegać pewne rzeczy – wiem, że jakiś jeden mój pomysł nie jest jedynym, najlepszym pomysłem. Ta otwartość jest dużo większa. 

W Polsce działam bardzo niezależnie. Oczywiście, korzystamy z procesów, produktów, metodyki Dale’a Carnegiego, która jest największą tutaj wartością dla nas, ale samą strategię działania, to, jak wychodzimy na rynek, jak budujemy tę markę w Polsce – to my decyzję podejmujemy. 

Dobrze nam się układało, że zawsze ten Dale w Polsce – zbudowaliśmy sobie markę globalną takiej solidnej organizacji. Zresztą, regularnie zdobywamy nagrody za najszybciej rozwijający się oddział w naszym regionie, dla najlepszych trenerów. Dla mnie to jest takie potwierdzenie, że to, co robimy jest słuszne, chociaż oczywiście pewnie można było coś zrobić szybciej. Wyciągam wnioski, idę do przodu. To, czego na pewno się nauczyłam, co pomaga mi po pierwsze w podejmowaniu decyzji, a po drugie w ograniczaniu błędu, to jest praca z wizją. 

Od kiedy pracuję z wizją, czyli z takim naprawdę nazwaniem „Kim my jesteśmy i do czego zmierzamy? Co chcemy osiągnąć?” – po pierwsze, jako organizacja, po drugie sama jako lider. Od kiedy z tym pracuję, to wszystko jest łatwiejsze. 

Jeżeli mam problem, jakikolwiek – nawet czy wziąć udział w projekcie czy evencie, czy coś zrobić, czegoś ni robić, w którą stronę iść – zadaję sobie pytanie i o to samo proszę każdego w zespole, żeby zadał sobie pytanie: „Czy to jest zgodne z naszą wizją? Czy to na przybliży do naszej wizji?”. 

Jeżeli odpowiedź jest „nie”, to nie. Bo wcześniej robiliśmy wszystko, co mogło przynieść projekty. Teraz nie! Teraz jesteśmy naprawdę skoncentrowani i świadomie dobieramy firmy, z którymi chcemy współpracować, dobieramy projekty. To ogranicza błędy, ogranicza frustracje, bardzo często. I jesteśmy bliżej celu. 

Myślę, że to jest świetna nauczka, żeby nie rozmieniać się na drobne, a wiedzieć dokładnie dokąd chcemy zmierzać i konsekwentnie do tego dążyć. Co prawdopodobnie wielu ludziom wchodzącym na ten rynek może się przydać. Tak jak sama mówiłaś – konkurencja jest ogromna! Faktycznie jest teraz bardzo duże ciśnienie na to, żeby dostać się gdzieś na jakiś projekt szkoleniowy, ale chyba przede wszystkim ta konsekwencja i to obstawianie przy swoim, przy jakości, naszej wizji jest tym, co w dłuższej perspektywie jest w stanie przynieść nam zdecydowanie więcej korzyści. 

Absolutnie. 

Dobrze. Mam do ciebie ostatnie pytanie, na zakończenie. 

Jedna, największa, najważniejsza rada, jeśli idzie o fakapy, jakiej mogłabyś udzielić naszym słuchaczom? 

Zaakceptowanie, że one są i będą. Fakap sam w sobie nie jest czymś tragicznym, najgorszym. Tragiczne może być nasze podejście do tego fakapu i to, co on z nami zrobi, jak sobie z nim poradzimy. To może mieć tragiczne skutki. Myślę, że zaakceptowanie, że one są mogą nam przynieść summa summarum n koniec coś wręcz dobrego! 

Nawet jak w danym momencie, jak dzisiaj myślimy o jakichś rzeczach, które nas przerastały, przerażały i które uznawaliśmy za potężne porażki, fakapy rok, dwa, dziesięć lat temu -to dzisiaj patrzymy na to z perspektywy czasu i nam się wydaje: „Boże! Naprawdę tak się dałam w to wkręcić? Tyle mnie to kosztowało stresu, emocji?”. Tak samo pewnie będzie z tym, który nam się wydarzy za jakiś czas. Bo nam się wydarzą i nie ma siły, żeby mniejsze bądź większe – to też jest postrzeganie, co jest dla nas fakapem? 

Jeżeli coś świadomie spierniczyliśmy i nie zrobiliśmy dobrze, no to tak. Jednak pewne rzeczy są poza naszą kontrolą. 

Akceptacja tego, że one są, będą, mogą się wydarzyć – ale to nie oznacza końca świata i tragedii! Tylko dobrą lekcję. Optymistyczne nasttawienie – że te fakapy to ni zagrożenie, tylko challenge, wyzwanie dla nas. 

Dzięki ogromne za tę radę i dzięki za obecność w dzisiejszym odcinku! 

Dzięki Marku również!

Do usłyszenia!

Do usłyszenia, pozdrawiam serdecznie wszystkich słuchaczy!

Ogromne dzięki za wysłuchanie tego odcinka. Mam nadzieję, że znaleźliście w nim coś dla siebie. Na koniec mam do Was jeszcze małą prośbę. Niezależnie od tego, czy słuchacie podcastu przez iTunes, Spotify czy YouTube, oceniajcie, subskrybujcie i komentujcie. Dzięki temu będę wiedział, jak robić ten podcast jeszcze lepiej! 

Do usłyszenia w następnym odcinku! 

Cześć!