#6 – Jak to się robi w agencji interaktywnej? | Andrzej Kozdęba



SŁUCHAJ GDZIE CHCESZ!


W szóstym odcinku podcastu goszczę Andrzeja Kozdębę – współwłaściciela agencji interaktywnej Brave New i właściciela marki i sklepu KodujMata.

Andrzej to człowiek, który lubi mieć wszystko zaplanowane. Jest zdobywca Korony Maratonów Polskich, wykładowcą akademicki i autorem bloga Ja mówię TO. Przez prawie pół roku łączył poznawanie Azji z pracą zdalną, prowadzeniem sklepu internetowego i agencji. Posłuchacie go w podcaście Co nas kręci w internecie.

Z dzisiejszej rozmowy dowiecie się, między innymi:

  • Jak współprowadzi się firmę będąc tysiące kilometrów do domu i swoich współpracowników?

  • Jakie są najczęstsze i najcięższe wyzwania w pracy z klientami przy tworzeniu identyfikacji marek i stron internetowych?

  • Z jakimi problemami mierzą się świeżo upieczeni przedsiębiorcy i pracodawcy i czego nauczyli się dzięki temu Andrzej i jego wspólnik – Michał?

Zapraszam do wysłuchania odcinka.

Notatki do odcinka:

Cześć Andrzej!

Cześć!

Dzięki wielkie, że zgodziłeś się pojawić w podcaście i poopowiadać trochę o swoich fakapach. Natomiast na samym początku, tak jak wszystkich gości, chciałbym Cię poprosić o lekkie przedstawienie się, ale z takiej odrobinę innej strony. Nie chce się dowiedzieć czegoś, co i tak mogę wyczytać w internecie, na Face, na Twoim blogu, tylko powiedz mi coś, co mogłoby mnie i słuchaczy zaskoczyć. Andrzej Kozdęba, jakiego nie znamy.

Andrzej Kozdęba, jakiego nie znamy. To jest dosyć trudne pytanie. Zacznę może od tego, że wielkie dzięki Marku, za zaproszenie do podcastu. Zawsze jest przyjemnie porozmawiać o swoich porażkach, fakapach, podzielić się tymi doświadczeniami. W sumie bardzo przyjemnie się rozmawia o tego typu rzeczach.

Dzięki.

Czego słuchacze, czego możecie nie wiedzieć o Andrzeju Kozdębie? Myślę, że bardzo wielu rzeczy, nie wszystkie chcę ujawniać. Natomiast z rzeczy, którymi mogę się pochwalić, to niewiele osób pewnie pamięta, że jakiś czas temu biegałem dużo maratonów, ultramaratonów. Zdobyłem koronę maratonów polskich. Przebiegłem Bieg Rzeźnika.

To bieganie stanowiło i cały czas stanowi jakąś tam dosyć dużą rzecz w moim życiu, natomiast nie jest już tak intensywna, jak kiedyś. Jestem wielkim kibicem piłkarskim. Uwielbiam FC Barcelonę, Cracovię i Stal Mielec, czyli klub z miasta, z którego pochodzę.

O proszę.

To są chyba takie dwie rzeczy mocno związane ze sportem, które gdzieś tam poza zawodowo mnie ciągną i które bardzo lubię i zajmują mój czas prywatny, wolny. W sumie znajduje się to w internecie, ale może akurat osoby, które słuchają podcast, z tej strony mnie nie znają.

Dzięki.

Zebraliśmy się tutaj, żeby pogadać o fakapach. Powiedz mi, miałeś jakiś taki bardzo konkretny, fajny fakap w ostatnim czasie?

Wiedziałem, że zadasz to pytanie. Jest taki jeden fakap, może nie z ostatniego czasu, ale mogę powiedzieć, że to jest największy fakap, jaki kiedykolwiek zrobiłem. Fakap zawodowy. Była to jedna z moich pierwszych prac, związanych z tworzeniem stron internetowych.

Pracowałem dla takiej firmy jednoosobowej, gdzie mieliśmy specjalistę, który zajmował się robieniem szkoleń z rekrutacji. Ten pan miał stronę zrobioną na jakimś CMS’ie. Stwierdziłem, że miał małe zmiany, za które chciał zapłacić. Stwierdziłem, że w ramach dobrego rozpoczęcia współpracy, zrobię mu te zmiany, poprawię, bo przecież coś się znam na stronach internetowych, pisze bloga, więc to nie musi być trudne. Wysadziłem stronę w powietrze. Całkowicie.

Namieszałem coś tak na serwerze takiego, że był dramat. Strona przestała działać w kilka sekund. Nie wiedziałem co zrobić totalnie. Była oczywiście godzina 18:00, bo robiłem to tak dodatkowo, przecież co się może stać. To mała stronka do zrobienia, niewielka poprawka, więc na pewno dam sobie radę. Dramat, musiałem się przyznać, powiedzieć, że zepsułem, zniszczyłem, przeprosić, wziąć na siebie pełną odpowiedzialność.

Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że przywrócenie strony, to wykonanie kilku kliknięć na serwerze i firma hostingowa może to zrobić bardzo szybko. Stresu najadłem się co niemiara.

Następnego dnia, po kilku godzinach strona już działała, ale nie był to najbardziej udany początek współpracy z jakimkolwiek pracodawcą, jak pewnie możesz sobie wyobrazić.

Rozumiem. Utrzymujecie jeszcze jakieś kontakty albo utrzymywaliście po tamtej wpadce?

Tak. To nie było tak, że zostałem zwolniony tego samego dnia i natychmiast. Obyło się bez konsekwencji. Natomiast utrzymywaliśmy kontakt bardzo długo, jeszcze później współpracowaliśmy razem. Dzisiaj już tego kontaktu nie mamy. Gdzieś 10 lat temu miała miejsce ta sytuacja, ale no większego fakapu zawodowego jeszcze nigdy nie miałem.

Powiedz mi, czy to Cię nauczyło, że warto się do takich fakapów przyznawać? Że lepiej jest się przyznać, czy lepiej gdzieś ukryć, próbować to naprawić samemu? Nie mówić, bo może się uda odzyskać, naprawić? Jak byś na to spojrzał teraz z perspektywy?

Powiem Ci, że zależy. To naprawdę bardzo mocno zależy, bo tutaj nie wyobrażałem sobie, żeby ukryć w jakiś sposób tę wpadkę, nawet nie miałem zielonego pojęcia wtedy do kogo zwrócić się z tym tematem, bo gdybym chciał się do kogoś zwrócić, to musiałbym w jakiś sposób przekazać dostępy do serwera, do innych miejsc, do których nie powinienem przekazywać. Z takiej niewielkiej wpadki mogłoby się zrobić coś naprawdę bardzo poważnego. W tamtym wypadku stwierdziłem, że dobrą sytuacją jest się przyznać.

Ale czy tak jest zawsze, to też chyba nie do końca bym powiedział, że zawsze należy się przyznawać. Jeżeli jestem w stanie rozwiązać jakiś fakap samodzielnie, bez angażowania przełożonego, to staram się go rozwiązać samodzielnie.

Inna sprawa, też z mojego doświadczenia zawodowego, inna praca. Dostałem pierwszy w życiu telefon służbowy. Zadowolony poszedłem z tym telefonem służbowym na prywatne ognisko, bo przecież fajnie mieć ze sobą telefon służbowy w czasie prywatnym, jakby pracodawca chciał zadzwonić. Tu się śmieję oczywiście.

I co zrobiłem? Usiadłem na tym telefonie i złamałem go praktycznie na pół. W tej sytuacji nie przyznawałem się w ogóle przełożonemu, tylko wymieniłem szybkę samodzielnie w tym telefonie, pokryłem wszystkie koszty, bo to była tak niewielka rzecz, że stwierdziłem, że moja wina, niepotrzebnie go zabierałem ze sobą, więc tutaj na pewno z tej sytuacji wyciągnąłem taką nauczkę, że nie bierz swojej pracy w miejsca prywatne. Kiedy jest czas na pracę, to jest czas na pracę, a telefon służbowy nie zawsze musi być w Twojej kieszeni.

No pewnie.

Wszystko zależy od sytuacji, wielkości fakapu, od tego, jaki ten fakap może mieć wpływ na Twoją firmę, czy na firmę twojego klienta, szefa. Jeżeli to są małe rzeczy albo jeżeli wiem jak je rozwiązać, to jak najbardziej. Ale jeżeli konsekwencje takiego czynu, jak w przypadku tej strony, nie wiedząc, jak to będzie się dalej rozgrywało, to mogło trwać nawet i kilka tygodni, brak tej strony internetowej, więc to są sytuacje, w których lepiej czasami porozmawiać.

A jakbyś w takim razie zdefiniował w ogóle „Fakap”? Co to dla Ciebie jest?

Fakap jest to nieprzyjemna sytuacja, która wywołuje problemy w realizowanym projekcie.

Ok.

Wikipedia by Andrzej Kozdęba.

Może taki wpis właśnie powinien powstać. W końcu to jest trochę nowomowa, ale może warto to zdefiniować.

Pewnie tak.

Chciałem Cię teraz podpytać o Brave New. To jest to, czym się zajmujesz w tym momencie na co dzień najbardziej.

Tak jest.

Prośba, żebyś o tym opowiedział. Czy jest Brave New i jak to jest, że mamy w Polsce firmę, która ma aż dwóch CEO?

To jest bardzo ciekawe. Brave New to jest firma, która zajmuje się tworzeniem stron internetowych, sklepów internetowych, aplikacji, ale również grafiki, identyfikacji wizualnych, więc działamy w tym szeroko pojętym internecie i pomagamy naszym klientom budować skuteczny wizerunek, osiągać cele sprzedażowe.

Ogólnie jesteśmy nastawieni na to, żeby strony i rozwiązania, które dostarczamy naszym klientom, były skuteczne i realizowały jakiś cel. Każda strona, każdy sklep, każdy twór internetowy powinien być tworzony właśnie z myślą o tym, co ja osiągnę, realizując to zagadnienie. Właśnie w tym pomagamy naszym klientom. Im bardziej skomplikowany projekt, tym bardziej ciekawy, interesujący dla nas i tym ciekawiej możemy go rozwiązać, lub doradzić, w jaki sposób powinien być stworzony.

Dlaczego dwóch CEO?  U nas tak to działa, że nawet nie potrafię wymówić czasami tej nazwy. Dlatego, że po prostu mamy do siebie z Michałem takie zaufanie, bo znamy się już od 10 lat, że obaj wiemy, że działamy na zasadzie współpracy przy tej firmie. Powiedziałbym nawet, że w Brave New nie ma ani jednego CEO, jest dwóch współwłaścicieli, którzy wykonują różnego rodzaju zadania, ale obaj odpowiadają całym swoim sercem i całym swoim umysłem za tą firmę, i jest to „Mamusia i tatuś”.

Ok. Rozumiem.

W ten sposób. Nie przeszkadza nam to, jeśli chodzi o podejmowanie decyzji. Każdy z nas może podejmować indywidualnie, aczkolwiek mamy taką po prostu chęć bycia równym wobec siebie, pomysł jest nasz, agencja jest nasza w 100%. Myślę, że to też nie jest taka jednorazowa sytuacja, tyle że różnie nazywane są w Polsce różne stanowiska. To CEO to też takie, CO, CTO, CFO, nie do końca do mnie przemawiają te wszystkie skróty.

Najważniejsze jest to, żeby wiedzieć, czym mam się w firmie zajmować, czym ma się Michał w firmie zajmować. A to, czy firma ma dwóch prezesów, jednego prezesa, czy dziesięciu. Jeżeli to komuś nie przeszkadza w podejmowaniu decyzji, to niech tak po prostu będzie i niech każda firma rozwija się tak, jak powinna się rozwijać.

Samo Brave New istnieje w tym momencie od dwóch, trzech lat, bo obaj wcześniej mieliście swoje działalności, prawda? Pomysł na stworzenie spółki pojawił się troszeczkę później.

Tak. Tak jak powiedziałem, z Michałem znamy się bardzo długo. Obaj w pewnym momencie prowadziliśmy swoje własne agencje marketingowe. Michał prowadził Melon Studio, ja Studio KMIN. W pewnym momencie gdzieś wielokrotnie wcześniej pojawiały się różnego rodzaju pomysły dotyczące tego, że może byśmy spróbowali połączyć siły, w końcu realizowaliśmy wcześniej różne projekty. W Krakowie prowadziliśmy Smok Bloga, taka konferencje dla blogerów.

Przez też kilka lat wcześniej współorganizowaliśmy 42 Do szczęścia z Karoliną Kubalą. Jeszcze całą ekipą zaangażowanych ludzi zbieraliśmy pieniądze na cele charytatywne, więc gdzieś tam taka nasza współpraca rozwijała się bardzo często. W końcu po prostu dorośliśmy do tego momentu, w którym należy połączyć siły i zdecydować się na wspólne działanie. Taka jest historia, jak do tego doszliśmy.

To jest troszeczkę inna działalność niż ta Wasza pierwotna. Obaj mieliście takie jednoosobowe agencje marketingowe.

Tak, małe agencje.

Malutkie. W którymś momencie jest to już spółka plus tworzenie zespołu. W tym momencie w samym Brave New to już jest osiem, dziesięć osób?

Tak.

Powiedz mi, były fakapy, czy nie? Albo czy są, czy ich nie ma?

Pewnie, że były fakapy. Zawsze będą się zdarzały fakapy w każdym zespole. Myślę, że niezależnie od tego, jak duży on będzie. Pytanie jest tylko takie, jak my sobie z tymi fakapami radzimy.

Jak pewnie pamiętasz, jak rozmawialiśmy jeszcze przed dzisiejszą rozmową, wiesz, że powstanie naszej firmy jest bardzo nietypowe. W momencie, kiedy założyliśmy firmę, spakowałem plecak i wyjechałem na pół roku do Tajlandii, żeby tam sobie pomieszkać i żyć. Jeszcze, żeby było ciekawiej, miesiąc wcześniej, przed założeniem Brave New, otworzyłem jeszcze jedna działalność KodujMatę, gdzie projekt produkuje takie maty edukacyjne, które są skierowane do szkół i przedszkoli. Dzieciaki tam się uczą programowania i rozwijają swoje inne umiejętności.

Tutaj jedna działalność mocno rozwinięta, tutaj otwieramy agencję, która ma być spółką, a ja pakuję plecak i podejmuje najlepszą decyzję mojego życia o półrocznym wyjeździe na inny kontynent, do innej strefy czasowej. Oczywiście taka sytuacja mogła nam wygenerować mnóstwo fakapów, ale tak nie było. Okazało się, ze wszystkim jesteśmy w stanie zarządzać zdalnie i wszystkim jesteśmy w stanie zarządzać przez internet, co nie znaczy, że było kolorowo i różowo.

Tak jak powiedziałeś, tworzenie agencji wymaga zarządzania zespołem.

Stworzenia takiego zespołu najpierw.

Dokładnie, stworzenia takiego zespołu. Myślę, że to był największy brak, który odczuwaliśmy. Czyli brak umiejętności tworzenia zespołu i zarządzania zespołem, bo jak słusznie zauważyłeś, wcześniej pracowaliśmy albo w bardzo mały zespole, albo z podwykonawcami, którzy mieli swoje zespoły, prace i działali na swój rachunek.

Kiedy byliśmy w Azji, mieliśmy zatrudnioną, na umowę o pracę jedną osobę, która miała nam pomagać w różnego rodzaju zagadnieniach. Byliśmy z tą osobą tak dogadani, że ona pracuje sobie zdalnie, jest na umowie o pracę i jest dostępna w określonych godzinach.

Niestety coś tu poszło bardzo nie tak. Okazało się, że te wszystkie ustalenia, które mieliśmy zorganizowane i na które zgodziły się obie strony, działają, ale tylko i wyłącznie z naszej strony. Natomiast z naszym pracownikiem nie było czasami kontaktu w godzinach, w których się umówiliśmy. Czasami po prostu okazało się, że jest na jakimś basenie, spacerze z psem.

To nie jest duży problem w momencie, w którym ufamy sobie, w którym wiemy i informujemy siebie nawzajem o nieobecności, ale zaczyna to być problemem, jeżeli uważam, czy myślę, że jest ktoś dostępny i może się ze mną skontaktować w danym czasie, a niestety tego kontaktu z drugiej strony nie ma i otrzymuję jeden telefon z przeprosinami, drugi telefon i tak dalej.

Co więcej, okazało się tutaj, bo my tej osoby oczywiście potrzebowaliśmy dosyć szybko, była to osoba, z która wcześniej współpracowaliśmy, ale która robiła znacznie mniejsze, prostsze zadania. Potrzebowaliśmy kogoś do troszkę bardziej skomplikowanych zadań, również programistycznych. bez sprawdzenia tej osoby, uwierzyliśmy, że ona te większe informacje ma.

Ona też posiadała jakieś rekomendacje od innych naszych znajomych, niestety jak się później dowiedzieliśmy, znajomi również zaczęli dostrzegać podobny problem. Więc sami na swoje życzenie zrobiliśmy sobie fakap, bo po pierwsze daliśmy bardzo dużą swobodę, po drugie daliśmy ta umowę o pracę, która nas, jako pracodawców wiązała, a po trzecie nie sprawdziliśmy osoby, z która mieliśmy nawiązać współpracę w sposób dokładny. Po prostu zrobiliśmy to na zasadzie takiego typowego zaufania.

Okazało się, że nie jest tak różowo, jak miało być. Trzeba tutaj wprowadzić jakiś plan naprawczy, który ostatecznie zakończył się tym, że postanowiliśmy się rozstać z tą osobą. Fakap z zespołem czasami może się zdarzyć i trzeba być na to przygotowanym.

W ogóle uważam, że zarządzanie ludźmi jest tak bardzo trudną rzeczą i wymagająca odpowiedniego podejścia, słuchania, komunikacji, tego, żeby odczuwać emocje drugiej strony. Nawet jeżeli Ty masz jakieś emocje w sobie negatywne, żeby rozmawiać z tą drugą osobą w sposób rzeczowy i żeby cały czas trzymać się faktów, ale z drugiej strony cały czas starać się rozumieć tę drugą stronę. Współpraca z ludźmi jest naprawdę czymś trudnym, szczególnie jeżeli masz tymi ludźmi zarządzać i nie masz w tym odpowiedniego doświadczenia, bo po prostu nigdy wcześniej nie pracowałeś w taki sposób, żeby zarządzać zespołem, któremu płacisz. To jest bardzo istotne.

Obaj z Michałem poznaliśmy się w organizacji studenckiej i tam działaliśmy wcześniej. W organizacjach studenckich jest troszeczkę inaczej, bo ludziom płacisz motywacją.

Wszystko jest za darmo.

Za darmo, nie do końca bym powiedział.

Nie ma wynagrodzenia typowego.

Dokładnie, tak. Bo uczysz się niesamowicie wielu rzeczy. Takich rzecz, których przeciętny człowiek w wieku 20 lat nie nauczy się nigdzie indziej, natomiast pracujesz na zasadzie motywacji, gratyfikacji niefinansowych, klepania kogoś po plecach. nagle, kiedy wchodzi ten czynnik finansowy, który w teorii powinien Ci ułatwić wszystko, bo nagle masz dodatkowe narzędzie motywacyjne, to dla mnie szczerze powiedziawszy, nie było to dużym ułatwieniem.

Wręcz mając jakieś przekonania, schematy, było mi trochę trudniej zarządzać, czy też dalej uważam, że mam ogromne braki w tym, w jaki sposób skutecznie zarządzać ludźmi. To jest rzecz, której potrzebujemy, dużo rozwoju w naszej firmie. Wtedy tu można się nieustannie wręcz rozwijać i każda nowa osoba w zespole to jest nowe pole do rozwoju. To jest dla mnie zawsze rzecz, na która trzeba być, uważać to jest złe słowo, ale gdzie trzeba mieć w głowie, jak bardzo to jest istotne, jak dużą wagę trzeba do tego przykładać.

W przypadku każdej następnej rekrutacji, czyli powiększania Waszego zespołu, rozumiem, że te nauczki były już wyciągnięte i wszystko odbywało się później “Po Bożemu”?

Myślę, że nie. Myślę, że cały czas analizując to co zawsze robimy, to po każdej takiej rozmowie z naszymi pracownikami, niezależnie od tego, czy to jest rozmowa rekrutacyjna, czy ewaluacyjna, które robimy raz na jakiś czas w biurze. Zawsze rozmawiamy z Michałem na temat tego, co zrobiliśmy dobrze i co zrobiliśmy źle. Pewnie, że zawsze widzimy, że poprawiliśmy niektóre rzeczy, ale zawsze widzimy też mnóstwo takich elementów, że to mogliśmy zrobić inaczej, tu mogliśmy inaczej podejść do danego zagadnienia, to też mogliśmy wytłumaczyć w inny sposób i tak dalej. Myślę, że to jest też kwestia samooceny, chęci rozwoju. Te wnioski, które udało nam się wcześniej wyciągnąć, teraz wdrażamy.

Ostatnio miałem na przykład bardzo ciekawą rozmowę ze znajomym, który prowadzi w Wielkiej Brytanii agencję digitalową. Podrzucił nam bardzo fajny pomysł, żeby przed każdym takim spotkaniem ewaluacyjnym przesyłać naszemu zespołowi taką kartę, arkusz, w którym zespół sam sobie wypisuje cele na następny okres. To, w jaki sposób się rozwijał, co im się podobało, co należy zmienić. Tych pytań jest bardzo dużo i będziemy teraz to wdrażać w naszej firmie. Więc zawsze możesz coś poprawić. Są rzeczy dobre, ale trzeba być skupionym na tym, co jeszcze można poprawić.

O to chciałem Cię właśnie zapytać, ponieważ bardzo często w przypadku tych fakapów, pojawia się taka idea, instytucja dawania ludziom feedbacku, zwracania uwagi na to, co było nie tak, jak mona pewnego rodzaju fakapu uniknąć.

Powiedz mi, jak to jest w przypadku Was, dwóch kolesi prowadzących firmę z przyjmowaniem feedbacku. Jak bardzo Wy jesteście otwarci na feedback i na to, że na przykład wasi pracownicy będą Was informować o fakapach, które popełniliście, z których mogliście sobie nie zdawać wręcz sprawy, bo wiadomo, że działacie zawsze w dobrej wierze i chcecie sukcesu, przedsięwzięcia i Was wszystkich.

To jest bardzo ciekawe, o co pytasz w tym momencie. Zawsze trzeba patrzeć na to zagadnienie z dwóch perspektyw. My mamy perspektywę pracodawcy, zespół ma perspektywę pracownika. Te perspektywy mogą się całkowicie od siebie różnić.

Oczywiście.

Z naszej perspektywy, my jesteśmy zawsze bardzo otwarci na feedback. Drogi zespole, co robimy dobrze, co robimy źle. Natomiast z drugiej strony, zespół już niekoniecznie będzie aż tak chętny i otwarty na to, żeby dawać ten feedback. Szczególnie jeżeli zespół podświadomie czuje, że mogą tu być jakieś problemy. Teraz powiem im, że coś mi się nie podoba, a za dwa miesiące oni mi powiedzą „Do widzenia, tam są drzwi”.

Myślę, że mamy bardzo fajne relacje w zespole, bardzo otwarty zespół, zaangażowany, czasami czujemy, że klawiatury w biurze płoną. Myślę, że momentami nie jestem w stanie wyrobić jednej dziesiątej produktywności tego, co robi niektórzy w naszym zespole i czapki z głów dla nich z tego powodu.

Mamy super zespół. Właśnie przez to, że jest on bardzo zaangażowany, bardzo blisko i otwarty na to, żeby nam przekazywać informację zwrotne, a przynajmniej chcę w to wierzyć, że tak właśnie jest. Zawsze zachęcamy i podczas tych spotkań, o których wspomniałem, czyli tych, podczas których ewaluujemy sobie pracę zespołu i oceniamy to, co zostało zrobione dobrze, to co zostało zrobione źle. Pytamy też zespół o to, jakie oni mają uwagi co do nas, co powinniśmy w firmie poprawić, co można ulepszyć.

Kluczem do tego jest nie brać informacji zwrotnej osobiście. Myślę, że to jest rzecz, której trzeba się nauczyć. Nikt nie lubi być krytykowany, nawet jeżeli mówimy o tym właśnie, żeby udzielając informacji zwrotnej oceniać zachowania, a nie oceniać drugiego człowieka. Tak się mówi, jest jedna z zasad udzielania feedbacku. W teorii brzmi to super, ale jeżeli jest ktoś troszkę bardziej uczuciowy, powiedzmy, to po prostu przyjmie to do siebie, nawet jeśli mówimy o jego zachowaniu.

Dokładnie.

Zresztą takie sytuacje, jak mam zły humor, a dodatkowo oni wzięli mnie na rozmowę, albo pracownik dodatkowo mi powiedział, że uważa, że biuro jest zasyfione i powinniśmy posprzątać. Teoretycznie. Akurat nie dostaliśmy takiego feedbacku, to przykład.

Rozumiem, że biuro jest zawsze idealnie wysprzątane.

Teraz już tak, ale na pewno nie zawsze tak było. Szczególnie jak zaczynaliśmy. Chodzi po prostu o to, że jeżeli masz zły humor w takiej sytuacji, inaczej odbierzesz informację zwrotną, niż wtedy, kiedy przyszedłeś pełen energii, jesteś otwarty na świat i możesz zdobywać każdą górę. Jest tutaj tak dużo tych wszystkich elementów.

Staramy się robić, nie mogę powiedzieć, jak robimy, bo powiem Ci, że robimy w sposób określony, a jutro sobie przypomnę dziesięć sytuacji, w których było zupełnie inaczej. Zawsze bierzemy ten feedback pod uwagę, zawsze go wysłuchujemy, bo to jest bardzo istotne. Jeżeli mamy możliwość wprowadzenia danej zmiany, to zawsze ją wprowadzamy i staramy się słuchać tego zespołu, żeby każdy był zadowolony i było tak, jak chce, jeśli jest taka możliwość.

Wiadomo, że prowadzenie firmy, niezależnie od tego, jaka jest duża, czy mała, to jest dużo więcej niż zajmowanie się ludźmi. Zgodzę się z Tobą, że to jest bardzo wymagający i wręcz męczący element tej pracy. Sam jestem managerem od kilku lat i jak sobie przypomnę te początki, to oblewa mnie zimny pot, bo naprawdę to było ciężkie doświadczenie.

W momencie, gdy tworzysz agencję, tworzysz spółkę, pojawia się dużo innych problemów, z których mogłeś sobie wcześniej nie zdawać sprawy. O rekrutacji już mówiliśmy, ale pojawia się też taki temat, jak na przykład kasa. Też związany z ludźmi poniekąd, ale też trzeba umieć zarządzać tym budżetem, trzeba myśleć o tym, jakie biuro będzie się wynajmowało, na jakim sprzęcie będzie się pracowało, pojawią się problemy technologiczne, a później dochodzą do tego klienci. Do klientów dojdziemy zaraz, bo to sam w sobie ogromny temat.

Powiedz mi, jakie Wam się jeszcze przydarzają fakapy, albo jakich udało Wam się uniknąć, dzięki doświadczeniom z poprzednich firm, albo Waszych znajomych, przyjaciół? Jakich Wam się udało uniknąć, kiedy mówimy tylko i wyłącznie o tworzeniu firmy w tej branży, która jest mimo wszystko dość gęsto upakowaną branżą w tym kraju. Stworzenie, wybicie się jest bardzo ciężkie.

Tutaj odpowiedź może być bardzo długa. Po pierwsze na pewno udało nam się uniknąć fakapów dotyczących zarządzania finansami i zarządzania kasa w firmie. Ze względu na to, że od razu po rozpoczęciu działalności skorzystaliśmy po pierwsze z usług księgowej. Tutaj bardzo serdecznie pozdrawiam panią Monikę, z którą współpracujemy od wielu lat. Kobieta instytucja. Uwielbiamy ACCF i są po prostu przefantastyczni, jeżeli chodzi o sprawy księgowe. Jeżeli nie mogę polecić, to wytnij.

Oczywiście możesz i linki zamieścimy w notatkach do odcinka.

Ok. To pani Moniko pozdrawiam serdecznie. Natomiast drugą osobą, która zaczęła nam organizować finanse, była Nika, która z nami pracuje w zespole. My tak naprawdę będąc we dwóch z Michałem, mamy dwóch CFO w firmie i nagle zatrudniliśmy sobie Nike, której głównym zadaniem.

CFO rozumiem.

CFO dokładnie albo Business Development Analyst, czy jakoś inaczej to nazwijmy. Po prostu Nika nam poukładała wszystko. Przygotowała nam świetne arkusze finansowe Excela. Jak zobaczyła, jak wyglądały nasze stare arkusze finansowe, to złapała się za głowę, bo to, co my uważaliśmy za szczyt naszych możliwości, okazało się, że nie daje nam prawidłowej wiedzy na temat tego, jakie płacimy podatki. Przyszła Nika, zrobiła porządek z tym wszystkim w papierach i dzięki temu dziś nie martwimy się o to, że nie wiemy, ile zarabiamy.

Dokładnie wiemy ile spółka zarabia w każdym miesiącu, jakie są koszty, przychody, dochód w konkretnym miesiącu. Mamy mnóstwo statystyk dotyczących tego, jak wyglądają nasze finanse i mamy też osobę, która nas w tym odciąża. Uważam, że to był bardzo dobry krok, bo nawet w momencie, kiedy wchodzą zmiany podatkowe w naszym prawie, ostatnimi laty jest ich od groma.

Dzieje się.

Nika to po prostu ogarnia i my nie musimy poświęcać na to dodatkowego czasu, zdrowia, więc to jest rzecz, która moim zdaniem była niesamowicie dobrą decyzją. Fakapy finansowe udało nam się rozwiązać, uniknąć troszkę wcześniej. Jeżeli chodzi dalej.

Tak jak mówiliśmy o tworzeniu biura, tworzeniu przestrzeni do pracy, wyposażeniu jej w różnego rodzaju sprzęty, technologie. Mieliście wcześniej doświadczenie. Być może większości z tego, udało Wam się uniknąć.

Sam po swoim zespole czasami widzę, że przytrafiają nam się problemy, jeśli idzie nawet o zorganizowanie miejsca do pracy, zwłaszcza teraz, kiedy wszyscy musieliśmy się przenieść do domu nagle. Z pracy na trzech monitorach, w wygodnym biurku, jesteś z laptopem na kolanach, gdzieś schowany w kiblu, za przeproszeniem. A praca musi iść.

Tak. Powiem, że tutaj mieliśmy akurat niesamowite szczęście, bo przez pierwsze pół roku jak byłem w Azji, to pracowałem w Azji i tam nie było żadnego problemu z dostępem do internetu. Niektórzy klienci nie wiedzieli, że jestem w Azji, a Michał w tym czasie pracował w biurze coworkingowym. Po przyjeździe do Krakowa podjęliśmy decyzję, że musimy wynająć biuro. Drugie biuro, które oglądaliśmy, okazało się, że to jest biuro naszych marzeń, jesteśmy tam do dzisiaj. Od czasu do czasu myślimy o przeprowadzce.

Cynk o tym, że to biuro jest wolne, dała mi znajoma, którą poznałem w BNI, czyli w takiej grupie rekomendacyjnej, networkingowej, do której postanowiliśmy dołączyć. Po pierwsze wyeliminowaliśmy problem z lokalem dzięki temu, że poznaliśmy odpowiednią osobę, która nam powiedziała, że drzwi w drzwi z nią jest wolne biuro. Okazało się, że biuro jest fenomenalne. Udało nam się, trzeba mieć trochę szczęścia w prowadzeniu biznesu.

Następnie, jeżeli chodzi o przypływ nowych zleceń, to z kolei byliśmy młodą firmą, ale dołączyliśmy do tej grupy networkingowej, skąd pozyskiwaliśmy naprawdę mnóstwo zleceń. Mieliśmy też czas, żeby sprzedawać. Mieliśmy wielu klientów, którzy byli naszymi poprzednimi klientami, z poprzednich firm, którzy przyszli po prostu za nami.

Nie mieliśmy takiego problemu, że pojawiamy się na rynku i jesteśmy nową firmą, która ma puste portfolio. Zamiast pracować za pracę, to musimy pracować za „Do portfolio”. Od razu mogliśmy wejść na odpowiedni poziom.

Najważniejszy fakap, którego udało nam się uniknąć, od początku założyliśmy, że nie będziemy konkurować cenami. Nie było czegoś takiego, że wchodzimy na rynek i robimy stronki internetowe za tysiąc złotych, tylko od razu wiedzieliśmy, w jakiej niszy chcemy być, wiedzieliśmy, komu chcemy sprzedawać projekty i wiedzieliśmy, jakie projekty chcemy realizować. To jest błąd, który popełniłem, otwierając Studio KMIN, czyli ta wcześniejszą firmę, z której powstało później Brave New.

Tam z moim wspólnikiem Wojtkiem założyliśmy, że na początku zrobimy sobie świetną promocję, robiąc mega tanie i proste strony internetowe. Zaczęliśmy właśnie robić w ten sposób, okazało się, że nie ma z tego praktycznie żadnego dochodu. Projekty, które myśleliśmy, że zrealizujemy w miesiąc, ciągnęły się po dwa, trzy miesiące, klienci nie płacili na czas, więc nie było tego zysku. Po drugie wejście na wyższy poziom finansowy, było tak ciężkim zadaniem, że szło po prostu po grudzie.

Oczywiście udawało się, natomiast wydaje mi się, że mniej pracy włożyliśmy w to wszystko, gdybyśmy od początku założyli, że robimy strony za określoną kwotę, powiedzmy kilku tysięcy. Uważam, że to jest najlepsza decyzja, jaką może podjąć każda konkretna agencja, która powstaje. Nie konkuruje cenami, tylko targetuje się do klientów o określonym budżecie. Sprawdzamy, jak wyglądają ceny rynkowe, podobnych usług, które ja oferuję, czym mogę się wyróżnić i konkuruję w swojej półce cenowej, a nie daje znacznie lepszą usługę za marne grosze, po to, żeby budować wizerunek. Straszny błąd. Nigdy więcej nie powtórzę.

Doskonale rozumiem, bo sam popełniałem takie próby, razem z bratem, który jest bardziej grafikiem, niż osobą techniczną. Wyłożyliśmy się głównie na tym, że będziemy robili wizytówki, będziemy robili za niewielką kasę, dla znajomych. wiadomo, że jak znajomy nie zapłaci od razu, to przecież się nic nie stanie. Musieliśmy parę razy po tyłku dostać, żeby trochę zmądrzeć. W tej chwili bardziej brat się tym zajmuje niż ja, ale faktycznie też mogę powiedzieć, że to duży fakap.

Czyli mamy fakap z cenami, który w Brave New został uniknięty. Mamy fakap związany z podatkami, finansami, który też na szczęście został uniknięty. Mnóstwo szczęścia związanego z logistyką, tak jak wspomniałem, biuro zostało nam polecone. Od Ani, naszej sąsiadki dostaliśmy mnóstwo mebli, które im nie były potrzebne.

Rewelacja.

Każda wyciągnięta ręka do młodego przedsiębiorcy, to niczym manna z nieba. Następne pozdrowienia lecą do Ani, naszej sąsiadki z bloku obok. Aniu, bardzo dziękujemy za pomoc w rozwoju. Sorry, że robię Ci koncert życzeń z podcastu.

Nie ma problemu. Im więcej słyszymy o takich inicjatywach, tym lepiej. Powiedz mi, poradziłbyś w takim razie dołączenie do takich grup networkingowych, w momencie, kiedy jesteś początkującym przedsiębiorcą? Wam, tak jak mówisz, dało niesamowicie dużo. Troszeczkę szczęścia, lale skorzystaliście na tym bardzo fajnie.

Tak, natomiast pamiętaj, że do końca nie byliśmy początkującymi przedsiębiorcami.

Racja.

Firma, jak najbardziej była początkująca, natomiast my już swoje zęby zjedliśmy na projektach internetowych. Mieliśmy zaplecze klientów, odpowiednią wiedzę i wiedzieliśmy też dokładnie, co chcemy osiągnąć i z jakim celem wchodzimy do tej organizacji networkingowej. Dodatkowo nasz zespół zaczął się rozwijać, dołączyła do nas Nika, Anita, która dba o nasze social media. Współpracuje z nami, bo jesteśmy jednym z jej klientów.

Dołączyła do nas później Magda, która jest naszym grafikiem. Następnie druga Magda przez jakiś czas z nami współpracowała, Robert, Damian, Konrad. Mnóstwo ludzi zaczęło się pokazywać, więc nam pojawiła się taka przestrzeń, żeby rozwijać się w innych obszarach. Działalność w takiej grupie networkingowej typu BNI to jest kwestia tego, że rozwijasz swoją firmę, inni ludzie pomagają Ci rozwijać też twoją firmę, ale Ty też poświęcasz czas, żeby pomagać, sprzedawać ich usługi. Wszyscy pracujecie na to, żeby Wasza grupa się rozwijała i pozyskiwała nowych członków.

W momencie, w którym jesteś początkującym przedsiębiorcą, dopiero co założyłeś swoją firmę i chcesz wejść do organizacji networkingowej, to może się to nie udać ze względu na to, że będziesz miał zbyt małą bazę klientów, a po drugie, musisz mieć z tyłu głowy, że poświęcasz mnóstwo czasu na rozwój grupy. Ten czas, być może powinieneś wykorzystać na rozwój swojej własnej firmy. Dopiero kiedy będziesz miał odpowiednią przestrzeń na to, żeby budować relacje z innymi przedsiębiorcami, być może warto poczekać te kilka miesięcy, albo nawet kilka lat i dopiero do tej grupy dołączyć.

Jeżeli założyłbym swoją pierwszą firmę, na pewno mając wiedzę taką, jaką mam, nie poszedłbym do organizacji networkingowej, z tego względu, że wiem, że nie byłbym dla nich odpowiednim zasobem i z drugiej strony czas, który trzeba poświęcić na działalność w takiej grupie, wolałbym poświęcić na rozwój organizacji. Aczkolwiek mówię to ze swojej perspektywy i to wymaga jakiejś wewnętrznej analizy i tego, co chcemy osiągnąć na danym etapie rozwoju organizacji.

Dzięki. To bardzo cenna nauczka.

Chciałbym Cię teraz podpytać o ten pobyt w Azji. Wszyscy przeżyliśmy lekki szok, jak nam się zmienił model pracy w marcu tego roku. Mam wrażenie, że czasami takie poradzenie sobie z tym że pracujesz nie z biurka w pracy, tylko z wygodnego fotela w salonie, tak spędziłem ostatnie pół roku, może być lekkim problemem.

Ty przez ponad pół roku pracowałeś z Azji, Tajlandii, zresztą nie tylko z Tajlandii, prawda?

Tak. Niecałe pół roku, bo okazało się, że mój brat się żeni, więc trzeba było wcześniej wracać na wesele.

Mówiłeś o tym wcześniej, przed tym, jak się zadzwoniliśmy, i nawet dzisiaj, że udało Wam się uniknąć fakapów. Wystartowaliście z firmą dopiero co, a Ty wyjechałeś do Azji. Jak to zrobić? Jak uniknąć tych fakapów? Mam wrażenie, że coś takiego i fakt, że rynek pracy się troszeczkę modyfikuje i być może, za pół roku wszyscy będziemy, o ile oczywiście sytuacja związana z Covidem się uspokoi, za pół roku, rok, wszyscy będziemy takimi cyfrowymi nomadami. Jak uniknąć problemu w czymś takim, bo mnie się wydaje to niemożliwe?

Takie chodzenie jak po polu minowym to było. W każdym momencie możesz wejść na niepewny grunt, dlatego od początku wiedzieliśmy, jaka będzie nasza ścieżka. Mieliśmy zaplanowaną dobrze mapę i wiedzieliśmy, jakie fakapy mogą się nam przydarzyć i jak ich chcemy uniknąć. Plus mieliśmy dosyć spore doświadczenia w pracy zdalnej. Wcześniej Michał pracował 3 miesiące zdalnie z Meksyku. W tym czasie pracowaliśmy zdalnie z naszymi niektórymi programistami, więc wiedzieliśmy jak do tego podejść. Byliśmy bardzo dobrze przygotowani do tej przygody.

Przede wszystkim wiedzieliśmy, jaka jest różnica czasu pomiędzy Polską i Azją. Nie stanowiło problemu przestawić nieco swój czas pracy, żeby robić sobie regularne zdzwanianie się z Michałem i omawiać sprawy dotyczące rozwoju firmy, zarządzania, czy tego, jak idą nam projekty.

Raz w tygodniu mieliśmy ustalony czas, to było popołudnie czasu tajskiego, poranek czasu polskiego. Zdzwanialiśmy się około godziny i dyskutowaliśmy na temat różnych rzeczy. Natomiast resztę komunikacji prowadziliśmy albo podczas krótkich calli w określonych godzinach, albo na Slacku, czy mailu. Komunikacja nie stanowiła żadnego problemu. Co więcej, problemem też nie była komunikacja z klientami. Nowe telefony mają taką świetną funkcję, której jestem wielkim fanem. Nazywa się WiFi Calling. To WiFi Calling powoduje, że z jakiegokolwiek miejsca na świecie dzwonisz, to koszty rozmowy są takie jak przy połączeniu lokalnym, a jakość tej rozmowy w większości przypadków jest naprawdę bardzo dobra.

Część naszych klientów w ogóle nie wiedziała, pozdrawiam Was serdecznie.

Teraz się dowiadują, tak?

Że byłem w Azji. Teraz się dowiadują. Mogliśmy od tego zacząć, czego nie wiedzą niektórzy klienci Brave New. Śmieję się troszkę, bo teraz już wiedza, natomiast część z nich dowiadywała się już po fakcie. Spotykaliśmy się z bardzo dobrym odbiorem. Szczególnie w momencie, kiedy rozmawiam z klientem z Polski przez telefon i mówię mu, że jestem w Azji. „To pan nie płaci jakoś dużo za to połączenie”, odpowiadałem „Nie, bo mamy WiFi Calling”. Więc wiedzieliśmy jakich narzędzi chcemy użyć, żeby usprawnić tę naszą pracę.

Po drugie, mieliśmy dobry reżim pracy narzucony pod względem tego, że wiedziałem, w jakich godzinach Michał jest dla mnie dostępny, Michał wiedział, w jakich ja godzinach jestem dostępny. Oczywiście brałem też pod uwagę to, że część klientów może się ze mną próbować skontaktować w godzinach późniejszych, ale na to się godziłem.

Czasami w godzinach późnopopołudniowych musiałem odbyć jakiegoś calla z klientem, który po prostu wtedy tylko miał czas, albo musiałem odebrać telefon, spacerując sobie po Tajlandii czy Wietnamie. Na to była moja wewnętrzna zgoda. Wiedziałem, na co się pisze. Nie przeszkadzało mi to w żaden sposób, aczkolwiek wiem, że dla niektórych mogłoby być to uciążliwe.

Jeżeli chodzi o inne rzeczy, bardzo dobry research robiliśmy przeprowadzając się z miejsca, na miejsce. Z narzeczoną jeździliśmy dosyć dużo po całej Azji, tamtej części, czyli Tajlandia, Wietnam, Laos, Kambodża, Malezja i Singapur. Sprawdzaliśmy zawsze wcześniej, jakie będzie połączenie internetowe z danego miejsca.

Mieliśmy w sumie chyba tylko jeden taki fakap na samym początku, że hotel, który reklamował się hasłami „Rapid internet”, „Super fast internet connection, my friend”, okazało się po przyjeździe, że był dramat. Był taki dramat, że płakałem, jak odpisywałem na maile. To była jedyna taka sytuacja. Później nauczyliśmy się po prostu tego, żeby zrobić jeszcze lepszy research i poczytać dokładne opinie. Nie mieliśmy już później.

Jeżeli mieliśmy taką sytuację, to w momencie, kiedy mieliśmy zaplanowany urlop na wyspie w Kambodży. Wiedzieliśmy, że tam internetu nie będzie, więc wziąłem sobie kilka dni urlopu i tam tylko i wyłącznie odpoczywaliśmy. Nie mieliśmy też problemu z prądem. Mimo że to była akurat pora deszczowa, to tak fajnie trafiliśmy, że tylko w Laosie przez dwa dni, przez 2-3 godziny i raz w Kambodży nie mieliśmy prądu.

Na to byliśmy przygotowani, mieliśmy dodatkowy internet w telefonie kupiony, więc zawsze można było doładować kartę i wykorzystywać ten internet mobilny. W przypadku braku prądu to trzymała bateria przez jakiś czas i na szczęście nigdy nie było tak, że ten czas braku prądu był dłuższy niż czas wytrzymania.

To taki dobry research. Sprawdzam sobie dokładnie, gdzie będę, jakie mam warunki, w jaki sposób będę pracował. O dziwo nie mieliśmy jakichś większych fakapów. Wszystkie projekty szły wtedy bardzo sprawnie, bardzo dobrze. Jeżeli ktoś chciał podpisać umowę, nie miał żadnego problemu, bo na miejscu był Michał, który odpowiadał za tego typu rzeczy. Niestety nie mogę żadnym spektakularnym fakapem się pochwalić.

Rozumiem. Chciałem Cię jeszcze podpytać o aspekt bardziej prywatny takiej wyprawy. Wybrałeś się do Azji nie po to, żeby z tej Azji popracować, tylko, żeby tam pożyć, nacieszyć, pozwiedzać, doświadczać.

Czy nie miałeś takiego fakapu w drugą stronę, że przyjechałeś wypocząć, doświadczyć tej Azji, a siedzisz z laptopem gdzieś w hostelu, że co robisz, nie po to tu przyjechałeś? Tak jak mówiłeś, mógłbyś spacerować, zwiedzać a po prostu ślęczysz i płaczesz nad kolejnymi mailami.

Dokładnie wiedziałem, jak chcę, żeby wyglądał mój dzień w Azji. Jadąc tam, dokładnie wiedziałem, że będę pracował. Dla mnie praca jest przyjemnością, uwielbiam pracować, nie stanowi to dla mnie żadnego problemu. Wręcz wizualizowałem sobie właśnie to, co mówisz, że siedzę sobie gdzieś w Azji, w kawiarni, popijam mrożona kawę i pracuję sobie w tym czasie. Ludzie obok gadają, jest ten taki przyjemny szum kawiarniany, na zewnątrz palmy, wspaniałe słońce, gdzie morze szumi w oddali. Dla mnie to była bajka, spełnienie takiego marzenia.

Było tak?

Oczywiście, tak było. Dokładnie w taki sposób było. Czasami oczywiście pracowaliśmy z hotelu, czasami pracowaliśmy w jakiejś przestrzeni otwartej. Jest taka bardzo fajna aplikacja, która pozwala Ci zlokalizować miejsca do coworkingu. Po prostu instalujesz ją, ona się chyba „Cowork” nazywa, ale nie pamiętam do końca.

Wrzucimy też link do niej w opisie. Podrzucę Ci nazwę tej aplikacji. Po prostu fenomenalna. Przyjeżdżaliśmy do nowego miasta, sprawdzaliśmy, jakie coworkingi są dostępne, sprawdzaliśmy, czy jesteśmy w stanie przetestować jakieś z nich za darmo. Testowaliśmy sobie część takich „Cebula deal”.

Jeżeli wiedzieliśmy, że gdzieś się nie zatrzymujemy na dużej, a potrzebujemy miejsca do pracy, ktoś oferował akurat możliwość przez 4-5 godzin sprawdzenia jak to będzie działało, to następny fajny aspekt, przetestowania sobie takich coworkingów, zobaczenia jak to działa w Azji, zobaczenia, czy jesteśmy się w stanie zainspirować, poznać jakichś ciekawych ludzi, którzy też tam będą pracowali.

Tutaj jedyne, co faktycznie w jakiś sposób się nie sprawdza, to powiem Ci, że nigdy w życiu już nie uwierzę w zdjęcia, które pokazują, że freelancer siedzi nad basenem na leżaczku, laptop na kolanach, drineczek pod ręką, pije sobie tego drineczka i wysyła maile, a z tyłu praży słońce. Nic na tym ekranie nie widać. Nie da się pracować w takich warunkach. To jest totalny mit. Poza tym tak to wyglądało, jak sobie wyobrażałem.

Wiedziałem, że do godziny 15-16 czasu tajskiego pracuję, później mam czas wolny, ewentualnie piątki często sobie robiliśmy wolne, żeby mieć taki wydłużony weekend. Piątek, sobota, niedziela gdzieś pojechać, albo nawet w czwartek po południu gdzieś wyskoczyć. W ten sposób sobie zorganizować czas, ale nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu, że muszę tam być i że muszę pracować.

Taki był od początku zamysł, że trochę jak Erasmus, tylko do pracy. Nie byłem na Erasmusie, bo tam tylko chyba imprezy.

Byłem i niestety nie.  Musiałem się niestety trochę pouczyć.

Widzisz, czyli jednak. Nazwijmy to takim zawodowym Erasmusem. Na ponad pięć miesięcy wyjechaliśmy, żeby po prostu pracować, ale też bawić i cieszyć tamtym miejscem.

To super. Nie wiem, czy miałeś okazję już się zorientować, ale każdy odcinek promuję zdjęciem gościa. Do tej pory dostawałem zdjęcia robione w trakcie profesjonalnych sesji, od Ciebie takiego nie chcę. Od Ciebie chce zdjęcie z Tajlandii, żebyś pokazał, jak się faktycznie pracuje w takich warunkach. Pokazał, że faktycznie wtedy pracowałeś.

Dobrze, podeślę Ci takie zdjęcie. Mam akurat właśnie takie ustawiane, bo rozmawialiśmy kiedyś na temat pracy zdalnej z przedstawicielką z jednego z czasopism, czy magazynu internetowego, chyba z Newsweeka. Tam zrobiłem sobie taką szybką sesję na leżaczku z drineczkiem, z laptopem na kolanach. Więc takie Ci wyślę, ale to jest tylko i wyłącznie mrzonka.

Rozumiem. Parę razy w czasie tej rozmowy pojawił się temat klientów. Pracując w IT, nie na swoim, ale mimo wszystko mając kontakt z klientem, mam wrażenie, że to jest najcięższa część roboty. Tu najwięcej może pójść nie tak. Nie mówię o błędach typowo technicznych, bo te się zdarzają, są normą w przypadku tego typu pracy.

Problemy z dogadaniem się, ze zmieszczeniem się w budżecie, z terminami po obu stronach, bo nie tylko Ty jesteś zobowiązany do terminów, klient też musi dostarczyć pewne informacje, żeby dostać produkt.

Teraz się dużo mówi o CD Projekcie. Nie wiem, czy jesteś graczem, ale mówi się dużo o CD Projekcie, o Cyberpunku, o tym, że tam jest w tej chwili 6 dni w tygodniu, 14 godzin, bo jest data, która nad nimi wisi. To wszystko są rzeczy, które potrafią ludzi wymęczyć, zniechęcić i cała masa rzeczy, że potrafi to pójść nie tak i każde takie „Niepowodzenie”, przynajmniej u mnie, w tych wcześniejszych latach, powodowało, że mi się coraz bardziej odechciewało, teraz rozumiem, jak to działa. Wtedy totalnie nie byłem w stanie.

Parę razy byłem gotowy podjąć jakieś takie gwałtowne decyzje, nawet je podejmowałem, po prostu zmiana pracy, bo nie mogę w tym środowisku. Przy czym w kolejnym było dokładnie to samo, bo to nadal są tylko ludzie. Jak to było u Was? Wszystko zawsze idealnie z klientami, czy zdarzyło się, że nie byliście w stanie się gdzieś tam porozumieć, albo dotrzymać terminów z którejkolwiek strony?

Oczywiście, że tak. Z terminami wręcz jest tak, że 90% projektów się przeciąga w jakiś sposób, my bardzo często powtarzamy klientom, że tworzenie projektu internetowego to jest współpraca. Nie jestem w stanie, nie mogę wykonać całej pracy za klienta właśnie ze względu na to, że połączone siły dają mityczny efekt synergii, który powoduje, że ostateczny efekt jest lepszy. Potrzebuję, kiedy przygotujemy design, potrzebujemy uwag klienta na temat tego, co w tym designie mu się podoba, a co jest wymagane do zmiany. Potrzebujemy wcześniej umówić, jak ma wyglądać strona główna.

Możemy oczywiście zaproponować konkretne rozwiązania, aczkolwiek dobrze jest uzyskać akceptację od klienta, odpowiedzieć mu, dlaczego coś jest zrobione w określony sposób. To wszystko zajmuje czas. Klient musi po prostu ten czas przeznaczyć, więc jeżeli ktokolwiek przygotowuje się do strony internetowej, do tworzenia strony internetowej, to musi mieć z tyłu głowy założenia, że będę potrzebował trochę czasu, kilka godzin tygodniowo, żeby współpracować z agencją, która tworzy mi stronę.

Nawet jeżeli chce zlecić całość projektu, grafikę, kodowanie i do tego napisanie tekstów, to i tak ktoś z tej firmy będzie musiał zadzwonić, zapytać jak te teksty mają być wykonane, zapytać o jakieś podstawy do stworzenia tych tekstów, żeby mieć jakiś background, informacje na temat firmy, na temat tego, co ma być stworzone. Dlatego właśnie z tej perspektywy uważam, że bardzo trudno dowieść projekt, jeżeli nie mamy tej dyscypliny w sobie i zarówno z jednej, jak i drugiej strony trudno jest dowieść projekt w terminie.

To niestety jest przykre, bo klienci czasami myślą, że my tych projektów nie chcemy dowozić jakoś, bo od początku zakładamy, że projekt będzie wykonany szybciej albo że specjalnie podajemy krótszy termin, żeby nasza oferta była bardziej konkurencyjna. Nam również zależy na tym, żeby nasz projekt był realizowany jak najszybciej. Tu nie chodzi tylko i wyłącznie o rentowność takiego projektu, ale również o to, że projekt, który przeciąga się, wpływa negatywnie na kolejne projekty.

Jeżeli dwa projekty nam się obsunął, to nagle nie możemy zacząć nowego projektu, lub zaczynamy go, ale palą nam się ręce i nie do końca wiemy, do którego wiadra włożyć, bo do któregoś wypadałoby coś dołożyć.

Tak, to już idzie lawinowo wtedy.

Nam zależy na tym, żeby projekty kończyły się terminowo i robimy wszystko, żeby te terminy były dotrzymywane. Oczywiście czasami nie jesteśmy w stanie przewidzieć niektórych okoliczności, bo na pewnym etapie projektu może okazać się, że dana funkcjonalność, która ma zostać wdrożona, jest znacznie bardziej skomplikowana albo okazuje się, że po prostu klient nie odsyła treści, nie komunikuje się z nami.

Mieliśmy taki przypadek, klienta, który nie odzywał się przez dwa, trzy miesiące, a potem z dnia na dzień oczekiwał, że strona zostanie wdrożona w ciągu dwóch, trzech dni. Gdzie regularne telefony, maile nic nie dawały.

Mamy też takie przypadki, że u klienta w rodzinie stało się coś złego. Mieliśmy takie współprace, że projekt został zawieszony na kilka miesięcy z racji jakiegoś wydarzenia osobistego. My bardzo doceniamy, jeżeli klient nam wcześniej, albo jeżeli nie można wcześniej, ale po prostu powie „Nie będziemy mogli się kontaktować z jakiegoś powodu. Rozliczmy dotychczasowe prace i wrócimy do projektu za jakiś czas, jak poukładam wszystko”. My to bardzo doceniamy, bo wiemy, że zwalniają nam się moce przerobowe i możemy zacząć realizacje następnego projektu.

Jesteśmy też ludźmi i jeżeli wiemy, że klient podchodzi do współpracy w sposób szczery, też jesteśmy w stanie dużo więcej pomóc, podpowiedzieć lub na przykład pójść na rękę w niektórych kwestiach. Te sytuacje, w których treści są niedostarczone, albo feedback jest opóźniony, są dla nas mocno kłopotliwe.

Z drugiej strony one wpływają negatywnie na jeden projekt, ale również na pozostałe projekty. Oczywiście nie twierdzę, że ani my, ani żadna inna agencja nie jest w 100% święta i uważam, że dużo zależy od tego, jak sobie układasz współpracę na samym początku. Jeżeli od początku w tej relacji będzie takie rozluźnienie, umawiam się z klientem, że wyślę umowę jeszcze dzisiaj, a wysyłam tę umowę następnego dnia, to jeśli sam wprowadzam tego typu rozluźnienia i brak terminowości w projekcie, to nie mogę być w żaden sposób negatywnie nastawiony, czy zdziwiony, że klient też nie dotrzymuje terminów.

Dodatkowo jeszcze w tym momencie sam wtrąciłem sobie oręż z ręki. Jeżeli jestem nieterminowy, to co powiem klientowi? Że przepraszam, podeślij mi poprawki, bo dzisiaj jest termin. Jest to niepoważne, można powiedzieć, więc ta terminowość powinna być dotrzymywania z jednej i drugiej strony. Plus te jasne reguły ustalone na początku współpracy. Jak zacznie się współpraca, tak ta współpraca będzie wyglądała później.

Jeżeli będziemy na początku podchodzili do projektu bardzo luźno, myśląc, że w ten sposób zbudujemy jakąś fajną relację z klientem, to wydaje mi się, że nie tędy droga. Bardziej ten profesjonalizm, ale też taki profesjonalizm z ludzką twarzą. Komunikacja szczera, otwarta, poznanie siebie, z klientem.

To pozwala uniknąć większości fakapów, ale te, które są najczęstsze, to są właśnie te związane z terminami, lub te związane z dodatkowymi pracami, które mają być wykonane na stronie internetowej. To jest druga grupa bardzo poważnych fakapów.

Chciałem Cię o to zapytać, o te dodatkowe prace. Może inaczej, dodatkowe, ale nie w tym aspekcie nieprzewidziane oryginalnie. To jest to, co widzę bardzo często w swojej branży, ten tak zwany scope creep. Zakładamy sobie coś, umawiamy się na coś, później przychodzi klient, czy inny interesariusz, który mówi „Bardzo fajnie, to jeszcze to i to w tym samym budżecie na ten sam termin. Do widzenia.”.

Wiadomo, jeśli jesteś w korpo to nie zawsze możesz prowadzić dyskusję. U Was to wygląda trochę inaczej. Jak się przed czymś takim zabezpieczyć albo jak wyjść z tego, kiedy to już się stanie?

Cały czas pracujemy tylko z ludźmi, którzy bardzo często nie wiedza, jak wygląda wasza praca. Dla nich to jest czarna skrzynka. On przychodzi do agencji i myśli „Przychodzi chłopak i zrobi mi stronkę w dwa dni”.

Tu masz 100% racji. Klient po prostu nie wie. To jest bardzo istotne, żeby sobie to uświadomić, że po pierwsze klient może rozumieć zupełnie co innego przez to, co Ty rozumiesz. Mieliśmy na przykład taką sytuację, że jedna klientka chciała, żebyśmy jej wycenili branding, czyli dla nas jest to informacja, że mamy jej wycenić prace graficzne. Wysłaliśmy jej tą wycenę i dostaliśmy taką informację zwrotną, że przecież ona chciała, żebyśmy wycenili jej stronę internetową, a dostaje wycenę prac graficznych.

Czasami po prostu jest tak, jak mówisz. Klient po prostu nie musi się znać. Z drugiej strony pójdę do generalnego wykonawcy, czy architekta i po prostu dostane tez prawdopodobnie dużo pojęć na twarz, które są dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Kwestia jest tego, żeby rozmawiać z klientem ludzkim językiem.

To jest bardzo istotne, żeby rozmawiać. Jeżeli nie jestem czegoś pewien, dopytuję. Dlatego my zawsze przed rozpoczęciem każdego, nawet małego projektu piszemy specyfikację, w której uwzględniamy wszystkie funkcjonalności projektu. Dokładnie taką specyfikację przygotowujemy, przepracowujemy ją z klientem. Klient ma możliwość zgłoszenia poprawek do tej specyfikacji, później zatwierdza tę specyfikację i specyfikacja jest załącznikiem do umowy.

Bez specyfikacji nie zaczynamy teraz projektu. W sytuacji, w której nagle w środku projektu klient do nas przychodzi i mówi „Panie Andrzeju, zróbmy jeszcze to i to”, to ja sobie sprawdzam taką specyfikację i mówię „Drogi Kliencie, faktycznie pominęliśmy tę rzecz, a jest ona w specyfikacji, więc ja wykonujemy. Natomiast te dwie pozostałe nie były uwzględniane.

One nie były w wycenie, nie rozmawialiśmy o nich i nie możemy ich wykonać w tym budżecie. To będą dodatkowe prace, które możemy zrealizować, najchętniej po zakończeniu projektu, tak, żebyśmy utrzymali ten termin, który mamy do zrealizowania, a później rozpoczęcie prac nad tymi dodatkowymi zagadnieniami.”, chyba że to s małe rzeczy, to robimy je w trakcie projektu.

Specyfikacja to słowo roku „Game changer”, dla nas to był prawdziwy game changer, ta specyfikacja. Odkąd zaczęliśmy pisać specyfikacje, nagle mamy narzędzie, na które zgodziły się wcześniej obie strony. Takie ustalenie, dokładne spisanie tych wymagań. Mogę później chodzić po mailu, szukać wszystkich rzeczy, które były ustalone z klientem, ale wiadomo, że ciężko się szuka tego wszystkiego. W specyfikacji mamy dokładne informacje na temat tego, jaki jest zakres działania.

Co więcej, teraz zrobiliśmy sobie takie rozszerzenie do tej specyfikacji. Stworzyliśmy takie karty projektu, które mają tam zawarty opis specyfikacji, czyli link, w którym znajdują się specyfikacje w wersji elektronicznej, ale także, w którym znajduje się zestawienie wszystkich dodatkowych prac. Mamy takie jeden plik, w którym wpisujemy budżet ustalony z klientem, powiedzmy 30 tysięcy, dodatkowe prace 5 tysięcy, w nawiasie mail z dnia takiego, o tej godzinie, wątek taki.

Następne prace dodatkowe-10 tysięcy, mail z dnia takiego, nadawca taki. W tym momencie nawet po zamknięciu projektu, kiedy klient, nie mieliśmy takiej sytuacji, ale wyobrażam sobie, że coś takiego może nastąpić, że klient łapie się za głowę „Jezus, tu miał być budżet 20 tysięcy, a jest 25 tysięcy, z czego to wynika?”.

W tym momencie nie muszę szukać po wszystkich konwersacjach, gdzie się znajdują te wszystkie ustalenia, tylko mam bardzo prosty dokument, w którym mam wszystkie prace dodatkowe spisane i dzięki któremu jestem w stanie rozmawiać z tym klientem na temat tych ustaleń, które były wcześniej spisane i zatwierdzone przez klienta.

Do tej pory sprawdza nam się to fantastycznie i fenomenalnie, aczkolwiek jeśli chodzi o ta specyfikacje, to faktycznie raz, mimo wszystko, nie była ona dla nas odpowiednią obroną, bo napisaliśmy ją w dobrej wierze, ale niezbyt dokładnie.

Zostawiliśmy tam pole do interpretacji. W momencie, w którym pierwszy raz pozwoliliśmy klientowi na pozytywną interpretację specyfikacji według jego zamysłu, niestety później poszła lawina. Projekt skończył się bardzo nieprzyjemnie, ale na szczęście polubownie. Tutaj wiedzieliśmy dokładnie, że w tym wypadku robimy wszystko tak, jak miało być zrobione. Wszystkie ustalenia są wprowadzane zgodnie z zapisami specyfikacji, ale przez to, że zostawiliśmy w niektórych miejscach otwartą furtkę, na przykład dodaliśmy „Itp.” w nawiasie, że wśród możliwości, które będzie miał klient, w tym miejscu będzie dodanie tego i tego itp. Te takie „Itp.”, były interpretowane przez klienta jako bardzo szerokie i bardzo otwarty katalog.

Dokładnie.

Dla mnie „Itp.” w tym momencie to słowo zakazane, które całkowicie wyrzuciłem ze słownika, ze specyfikacji. Niestety, strasznie kosztowny błąd dla nas, ale bardzo potężna nauczka. Te wszystkie zmiany wprowadzaliśmy też dodatkowo za darmo, przez co później było łatwiej wynegocjować kolejne rzeczy. Nam też, wszystkie argumenty wytrąciliśmy sobie z ręki na samy początku, więc jeżeli jest specyfikacja, to ona musi być dokładnie Taka specyfikacja w tym momencie napisana, zajmuje nam czasami 30-40-50 stron, czasami krótsze, jeżeli jest to mały serwis, o jest to 10 stron na przykład. Zwykle są to dwucyfrówki i staramy się dokładnie to opisać.

To jest też z korzyścią dla klienta. Jak klient ma taka specyfikacje, to wie też, z czego nas rozliczyć, co zostało wdrożone, co nie zostało wdrożone. Nie lubię sytuacji, w której dostaje umowę i specyfikację bez żadnego komentarza klienta, bo wiem, że później mogą pojawiać się konflikty, czy nieporozumienia.

Warto prowadząc taką agencję, mieć gdzieś na podorędziu prawnika, czy to jest coś, co się przydaje? W przypadku tworzenia nawet takiej ramy specyfikacji, czy to są rzeczy, które się przydają? Czy przydawały się Wam?

Tak. Mamy taki szablon specyfikacji. Nawet standardowe zwroty są tam wpisane, jak wstęp, żeby za każdym razem nie pisać wstępu typu „Poniższa specyfikacja dotyczy wykonania strony internetowej takiej”, tak więc nie ma sensu za każdym razem tego pisać. Mamy taki gotowiec, który uzupełniamy sobie odpowiednimi elementami. W dużej części specyfikacja jest tworzona pod konkretny projekt po prostu. Każdy projekt jest inny w jakiś sposób.

Jeżeli chodzi o prawnika z kolei, na pewno warto mieć kogoś, z kim jesteśmy w stanie szybko skonsultować. To dużo zależy, my jesteśmy, wciąż uważam, małą agencją, raczej ostatnio trafiamy tylko na klientów, z którymi nie mamy problemów żadnych. Jeżeli chodzi o płatności, te płatności są realizowane albo w terminie, albo w miarę w terminie. Jeżeli chodzi o zakres prac, po prostu ta specyfikacja jest dla nas świetnym narzędziem, które pozwala nam na pracę. Mamy też świetne umowy przygotowane przez biuro, przez kancelarię prawną, więc dokładnie wiemy, jak one powinny być skonstruowane i co się w nich znajduje.

Te umowy są skonstruowane tak, że z jednej strony chronią klienta, a z drugiej strony ja też nam pewną ochronę.

Nie mieliśmy takich w tym momencie problemów, jeden raz korzystaliśmy z takiej bardzo rzetelnej i długotrwałej pomocy prawnej, jeżeli chodzi o współpracę z klientem, akurat odnośnie tego projektu, gdzie posypała nam się specyfikacja. Natomiast z pozostałymi projektami nie mieliśmy takich sytuacji, żeby po prostu gdzieś klient ostatecznie nie zapłacił, nie rozliczył się z nami.

Raczej były to wszystko projekty prowadzone w dobrej wierze, gdzie obie strony chciały się dogadać, więc wszystkie w tym momencie rozliczenia mamy pozamykane i nie potrzebujemy takiej pomocy prawnej, aczkolwiek nie powiedziałbym, że nawet w małej agencji i brak jakiegokolwiek zaufanego prawnika, który choćby trochę zna Twoją firmę, jest dobrym pomysłem.

To nie musi być jakaś kancelaria, przynajmniej takie jest moje zdanie, przy małej agencji, która pracuje z Tobą dzień w dzień. Natomiast zlecenie niektórych umów, nie wysyłałbym klientowi umowy, którą sam przygotowałem, lub którą posklejałem sobie z jakichś gotowców internetowych. Są po prostu rzeczy, którymi powinien zająć się prawnik. Taką zaufaną osobę, czy zaufaną kancelarię, powinniśmy gdzieś na podorędziu mieć.

Mam do Ciebie w zasadzie ostatnie pytanko związane z tą twórczością, prowadzeniem takiej agencji. Tworzycie identyfikacje wizualne, tworzycie strony, logotypy i „Itp.”. To może być tak, wchodzą w to jednak ludzkie gusta. Wy się umówicie z klientem na coś, umówicie się na kierunek, w który idziecie.

Podejrzewam, że klienci oczekują jakiejś inspiracji, rzeczy, które im się podobają być może, na pewno poprzedzacie to wywiadem. Przy czym klient przyjdzie i powie, że to jest brzydkie, albo „Pokazałem szwagrowi i on mówi, że zrobiłby lepsze”. Zdarza Wam się coś takiego?

To jest właśnie tak, jak powiedziałeś, kwestia gustu, kwestia trafienia w gust klienta. Natomiast zdarzyła nam się raz taka sytuacja. To już było półtora roku temu. Nie mogliśmy po prostu w ogóle trafić w gust klientki, aczkolwiek było to spowodowane tym, że znowu nie ustaliliśmy dobrze zasad współpracy na samym początku i daliśmy mnóstwo wolnego pola. Teraz kiedy pracujemy z klientem nad tego typu elementami, przygotowujemy bardzo dobry wywiad i brief dotyczący takiego logotypu. Nawet jeżeli klient, tak jak w przypadku stron internetowych, to będzie współpraca. Potrzebuję wiedzieć, jaki masz gust, żeby zrobić dla Ciebie dobrą identyfikację wizualną.

Choćbym miał najlepsze intencje, a każdy projektant graficzny takie intencje jak najlepsze zawsze ma, to po prostu musimy porozmawiać, muszę się dowiedzieć, czego potrzebujesz, jakim jesteś człowiekiem, co się tobie podoba, jakie benchmarki, czyli takie odpowiedniki, czy rzeczy, które mogą być dla nas wskazówką, będą miały zastosowanie.

Te wszystkie informacje są niezwykle cenne, natomiast najgorsza jest sytuacja, w które przychodzi do nas klient i mówi „Proszę mnie zaskoczyć”, albo „W ogóle nie mam pomysłu, wizji, nie wiem, jak to powinno wyglądać. Zdaję się na Was. To Wy jesteście ekspertami”.

Wy jesteście ekspertami, ale później, w momencie, gdy przygotujemy logo, które się takiej osobie nie podoba, to nagle ta nasza eksperckość znika i „Panie, co to jest?”. Wtedy nie ma gadki „Przecież Pan/Pani mówił, że jesteśmy ekspertami”, tylko jest kwestia, że się nie podoba i tak jak mówisz, „Szwagier zrobi lepsze”. Kwestia tego, że ta rozmowa na początku musi być dobrze zrobiona.

Nie może być sytuacji, w której klient mówi „Zaskocz mnie” i oczekuje. Jeżeli klient chce być zaskoczonym, to tak, to faktycznie będzie miał zaskoczenie. Tylko pytanie, czy będzie z tego zaskoczenia zadowolony. Osobiście uważam, że niespodzianki w biznesie nie są do końca tym, co tygrysy lubią najbardziej. Lepiej dobrze zrobić taką rozmowę, przegadać, jak ma wyglądać taki element, który jest do zaprojektowania.

Też nie chodzi o to, żeby te informacje były bardzo konkretne od tego klienta. Oczywiście im bardziej konkretne, tym lepiej, ale jeżeli są jakiekolwiek, to jest już jakaś podstawa do pracy. Gorzej, jeżeli nie ma żadnych podstaw, tylko są właśnie jakieś elementy, informacje, które są przedzielone kilkudziesięcioma „Nie wiem”. To jest najgorsza sytuacja.

W tym momencie byśmy bardzo uważali na taki projekt i wydaje mi się, że nawet nie podjęlibyśmy współpracy z taką osobą, która nie chce współpracować, tylko ma jakąś wizję, jak ta współpraca powinna być wykonana.

Tu też wydaje mi się, że warto wspomnieć o tym, że warto mieć takie zaufanie do osób, które zatrudniamy. Czy to freelancerów, agencji, jeżeli już płacimy komuś, kto jest ekspertem, to po prostu zdajmy się na jego ekspertyzę? Jeżeli jakaś agencja ma proces, który sprawdził się 50, 500 razy wcześniej, to po prostu podążajmy za tym procesem, bo najprawdopodobniej i osiągniemy wtedy najlepsze rezultaty.

Tutaj znowu wracamy do komunikacji. Czy to komunikacja w zespole, czy z klientem. W agencji wydaje mi się, która działa w internecie, który jest przecież bez komunikacyjny praktycznie, ludzie wolą pracować często przez internet często, ze względu na to, że nie trzeba nigdzie dzwonić, to nagle okazuje się, że żeby zrobić jakąś pracę graficzną, czy stronę internetową, nagle ta komunikacja jest nieodzownym elementem takiej współpracy.

Trzeba się nagadać.

Trzeba się nagadać, tak jest.

Ogromne dzięki, za wszystko, co padło dzisiaj w trakcie tej rozmowy, bo sam powoli stawiam jakieś pierwsze kroki na rynku działalności samodzielnej. Na parę rzeczy już mi to otworzyło oczy.

Na sam koniec chciałem Cię jeszcze poprosić o dwie krótkie rzeczy. Pierwsza to powiedz mi, jaka jest taka największa, najważniejsza nauczka odnośnie fakapów i potknięć, z jaką chciałbyś zostawić słuchaczy.

Tu będzie chwila ciszy, bo to nie jest łatwe pytanie.

Wyedytuję.

Zawsze bądź przygotowany. To jest chyba to, czego między innymi nauczył mnie wyjazd do Azji. Zawsze bądź przygotowany, że fakap może nadejść. Jeżeli będziesz miał rozwiązanie, będziesz wiedział, w jaki sposób sobie z tym fakapem poradzić, ten fakap nie będzie taki straszny. Zastanów się, co może pójść nie tak i miej przygotowane rozwiązania.

Nawet w sytuacji, kiedy ten fakap, który nadejdzie, będzie całkowicie niespodziewany, inny niż ten, na który byłeś przygotowany. To będzie łatwiej znaleźć inne rozwiązania i zacząć myśleć kreatywnie. Jeżeli rozwiązałeś wirtualnie dziesięć innych fakapów, to przygotowanie jest moim zdaniem, kluczowe w każdej dziedzinie i podobnie w takim przypadku, kiedy nagle, na naszej drodze projektowej pojawiają się niespodziewane elementy.

Pewnie nie jestem oryginalny w tej zasadzie z przygotowaniem.

Powiem Ci, że nie. To jest coś, co mnie trochę zaskakuje w tych rozmowach, bo każda osoba mówi co innego. Ta nauczka na koniec odcinka jeszcze się nie powtórzyła. Za każdym razem jest coś innego i to mi się cholernie podoba. Sam nie wiem, czy bym wymyślił połowę z tych rzeczy, a tu za każdym razem jest jakaś inna lekcja.

Ostatnie pytanie, powiedz mi – gdzie Cię znaleźć?

Znajdziecie mnie przede wszystkim w Krakowie w tym momencie, w biurze Brave New na Berka Joselewicza. Znajdziecie w internecie pod adresem www.bravenew.pl. to jest adres naszej agencji, w ramach której tworzymy projekty internetowe. Również zapraszam, żebyście zajrzeli na kodujmata.pl. Szczególnie jeśli macie dzieciaki, które chodzą do szkoły podstawowej, przedszkola. Tam znajdziecie informacje na temat produktów edukacyjnych, które sprzedajemy. Mam jeszcze bloga, który powoli dogorywa, ale cały czas jest dostępny w sieci, jamowie.to. Jest tam sporo wpisów na temat pracy zdalnej, podróży, ale też takiego biznesowego ogarnięcia czy też wystąpień publicznych, w których przez dług czas się specjalizowałem. Dużo miejsc do odwiedzenia.

Blog jeszcze wraca? Czy to etap dogorywania, live supportu?

W tym monecie działamy sobie z podcastem na Brave New, którego też możecie posłuchać. Mam Koduj Matę, Brave New, pomysły na inne działalności. Nie będę usuwał jamowie.to, bo generuje mi to chociażby jakiś dochód związany z reklamami AdSense, które sobie jakiś czas temu tam założyłem.

Raz na jakiś czas przychodzi mi myśl, żeby opublikować te wpisy, które mam zapisane do szkiców i cały czas tam wiszą. Są skończone w 90%, więc to jest dogorywanie, jeszcze nie śmierć, ale raczej już nie będzie to powrót do drugiej młodości. Raczej ten sam temat, który jest teraz, czyli raz na bardzo długi czas jakiś wpis się pojawi pewnie na blogu. Archiwalne treści bardzo polecam, zajrzyjcie sami.

Również polecam, czytałem prawie wszystkie, także zdecydowanie mogę polecić.

Wow, bardzo mi miło.

Dzięki ogromne za rozmowę. Na kodujmata.pl na pewno zajrzę, bo mam 5-letnią córę, więc zobaczymy, co się uda z tego wyczarować.

Jeszcze raz, dzięki ogromne za rozmowę i za podzielenie się swoimi fakapami.

To jest pierwszy podcast, w którym jestem gościem, więc tym bardziej dziękuję za zaproszenie. Wielka przyjemność i myślę, że bardzo ciekawa rozmowa. Jakby wszyscy zadawali tak trafne pytania, jak Ty, byłyby same dobre podcasty na świecie.

Dzięki. Do usłyszenia, cześć!

Do usłyszenia, cześć!